To, co niepokazane
Film dokumentalny, jak każdy inny, składa się z tego, co pokazane i z tego, co niepokazane. Istota montażu polega przecież na tym, że selekcjonuje materiał, tworząc z jednej strony połączenia między różnymi wątkami, z drugiej zaś usuwa te, które nie mieszczą się w głównym nurcie narracji. O ile relacja między tymi dwoma wymiarami jest w miarę symetryczna, o tyle jako widzowie nie powinniśmy mieć poczucia, że jesteśmy oszukiwani czy manipulowani. Nie ma filmu bez przemilczeń, selektywności czy stronniczości. Uczciwość jest kwestią proporcji.
Laura Poitras pokazuje często w swych filmach to, co niepokazane gdzie indziej. To, co nie znajduje się w centrum uwagi ani wielkich wytwórni filmowych, ani mediów korporacyjnych. Interesuje ją bowiem przede wszystkim to, co władza – ta polityczna i ta medialna – przed nami ukrywa. Czyni to z jej filmów rodzaj kontr-montaży, przywracających często w obręb obrazów rzeczy, których nie pozwala się nam zobaczyć. Poitras wybiera na swoich bohaterów postaci eksplorujące zapomniane obszary polityki, tajne operacje, machinacje, które mają pozostać w cieniu. Po Citizenfour (2014), którego bohaterem był Edward Snowden i Ryzyku (2016) skupiającym się na postaci Juliena Assange’a, przyszedł czas na kolejnego bohatera. W najnowszym filmie Cover-Up Laura Poitras (wraz z Markiem Obenhausem) spotyka się z Seymourem Hershem, gigantem dziennikarstwa śledczego, jednym z najważniejszych głosów obywatelskich w USA.
Trudno zliczyć dokonania Hersha na polu dziennikarstwa rozumianego jako praktyka obywatelskiego nieposłuszeństwa, odsłaniającego kulisy władzy, demaskującego zbrodnie czy oszustwa ukryte przed okiem opinii publicznej. Dość powiedzieć, że to on pierwszy napisał o masakrze w wiosce My Lai w Wietnamie, należał do pierwszych opisujących aferę Watergate, pierwszy napisał o torturach dokonywanych w amerykańskim więzieniu Abu Ghraib. Twórcy Cover-Up stają tu jednak przed nie lada trudnością. Chcą postawić w świetle reflektorów kogoś, kto ewidentnie nie chcę się w nim znaleźć. Hersh to postać doskonale pasująca do starych filmów, gloryfikujących bohaterów walczących o wolność słowa. Neurotyczny niemal do przesady, podejrzliwy wobec zewnętrznych prób ingerencji w jego kontakty, pilnujący zarówno swych sekretów warsztatowych, jak i własnego komfortu pozostawania w cieniu opisywanych przez siebie historii.
Tę postawę charakteryzuje fundamentalna i niemal już nieobecna w tym środowisku skromność. Hersh swój etos manifestuje upierdliwością wobec polityków, redaktorów, nieustępliwością w drążeniu spraw, które wielokrotnie mu odradzano, a nie wzruszającymi deklaracjami do kamery. W tym sensie zupełnie nie nadaje się na bohatera filmu dokumentalnego. Jest fascynujący niejako wbrew sobie i wbrew pomysłowi twórców. Dlatego film osiąga kulminację, gdy Hersh decyduje się zerwać współpracę i przerwać zdjęcia. Przez chwilę wydaje się, że najlepszym finałem takiego filmu byłoby to spektakularne urwanie się bohatera ze smyczy.
Ogólny schemat cover-up
Niemal połowa filmu poświęcona jest najbardziej znanej, wręcz ikonicznej robocie Hersha, czyli sprawie masakry w My Lai. Nie wiem czy wybór akurat tego tematu był podyktowany wielką dbałością bohatera o trzymanie twórców z daleka od swoich informatorów, kontaktów i źródeł, ale trudno wykluczyć taką możliwość. Czasami ma się jednak wrażenie, że poziom szczegółowości jest nadmierny, a film poświęcony dziennikarzowi znanemu z odkrycia wielu niewygodnych tematów, staje się monografią przemocy marines w Wietnamie.
Z drugiej strony Poitras i Obenhausowi udaje się w ten sposób zrekonstruować krok po kroku jak wygląda schemat tytułowego „tuszowania”. Najpierw rząd dokonuje zbrodni, później ukrywa ją przed opinią publiczną, a gdy ujawnią się jacyś ludzie, którzy chcieliby podzielić się niewygodną wiedzą, zostaną natychmiast dyscyplinowani, zastraszeni albo publicznie skompromitowani. Urzędnicy nabiorą wody w usta, a inne media nagle zaczną pompować w opinię publiczną opowieści o patriotyzmie żołnierzy, by wreszcie nawet oficjalnie oskarżonym o zbrodnie wojenne zacząć stawiać mniej lub bardziej metaforyczne pomniki.
Poznanie tego schematu jest ważne, żeby zrozumieć ile sił i wytrzymałości wymaga płynięcie pod prąd dominującego konsensusu pilnowanego przez najważniejsze instytucje państwowe i kapitałowe. Stają one w obronie interesów, wobec których pojedynczy dziennikarze czy nawet całe tytuły prasowe wydają się małym pieskiem szczekającym na kolumnę czołgów. Zgodzą się ujawnić prawdę dopiero po latach, gdy nie będzie już nikomu krzyżować planów.
Kooptacja mediów
Decyzja by skupić uwagę widzów na historii My Lai, niezależnie czym podyktowana, ogranicza jednak znacząco jego krytyczną siłę. Usuwa w cień, albo osłabia wydźwięk nie tyle innych tematów, co najważniejszego tematu, właściwie w dokumencie nie podjętego. Zamyka się on w pytaniu: czemu Sy Hersh, ten Sy Hersh!, słynny dziennikarz od denerwowania władzy pisze dzisiaj na Substacku? Dlaczego nie ma dla niego miejsca w żadnym kluczowym tytule prasowym, ani nawet w tytułach niezależnych czy alternatywnych? Co takiego stało się z przestrzenią medialną w USA, że autorzy z takim dorobkiem (bo to nie problem jednej osoby) nie mają w niej właściwie czego szukać?
Poitras i Obenhaus nie zajmują się tą kwestią, ryzykując w ten sposób stworzenie pochwały dziennikarstwa w momencie, gdy należy mu się jedynie epitafium. Albo dziennikarskie śledztwo, równie dociekliwe jak te Hersha, na temat jego systematycznego zabójstwa. Tymczasem oglądając film można odnieść wrażenie, że wciąż żyjemy w latach, w których odkryto tajemnice z Wietnamu.
A jest zupełnie inaczej. Dziś dziennikarstwo, również to nazywane śledczym, stało się koncesjonowane, afiliowane, integrowane z aparatem państwowej represji i inwigilacji. Jeśli patrzy politykom na ręce to dlatego, że w gruncie rzeczy sprzyja jej konkurentom politycznym i zamilknie, gdy tylko oni obejmą rządy. Przede wszystkim jednak poddało się zupełnie tym najtrwalszym i często niejawnym instrumentom władzy, które demaskowali poprzedni bohaterowie filmów Poitras, Snowden i Assange. Czy symbolicznym wręcz znakiem tych zmieniających się czasów nie jest to, że „The Guardian”, gazeta, która pierwsza ujawniła materiały zebrane przez Snowdena, kilka lat później uczestniczyła w medialnej nagonce na szefa Wikileaks?
Dziś żyjemy w epoce fałszywek. Aparat władzy nie tylko postanowił złamać Assange’a, ale też wytworzyć sobie własne Wikileaks. Jednym z takich outletów jest np. Bellingcat, który nadaje „aktywistyczną” aurę pracy, której nie powstydziłby się pracownik wywiadu. Pozwala w ten sposób, za pieniądze ambasady USA czy NED, dziennikarzom myśleć, że są nowym Assangem, choć de facto pracują na rzecz tych, którzy trzymali go w więzieniu.
Jedną z najprostszych operacji w neutralizowaniu krytycznej i obywatelskiej siły dziennikarstwa jest prosta zmiana wektora. Tak, zajmujemy się dziś prześwietlaniem tajemnic władzy, ale nie u nas. Kierujemy uwagę na inne kraje, zwłaszcza te, które nasza władza uznaje za godne destabilizacji. I na ten zbożny cel znajdą się wszelkie środki, posypią nagrody, kontrakty, wydawnictwa książkowe. Przyjdzie światowa sława. Problem polega na tym, że takie dziennikarstwo nie jest w stanie pilnować demokratycznych standardów opinii publicznej. Dziś dziennikarze stali się strażnikami oficjalnej narracji, a nie ludźmi, którzy prześwietlają ją w poszukiwaniu utajnionych przekroczeń.
To, co kiedyś było pojedynczą operacją Mockingbird, dziś zmieniło się w cały system mediów korporacyjnych, które doskonale zintegrowały się ze światem think tanków. W wielu wypadkach samo podejmowanie tematu (coverage) stało się nieodróżnialne od jego tuszowania (cover-up). I tej dramatycznej transformacji film Poitras i Obenhausa, przy wielu swoich zaletach, w ogóle nie jest w stanie dotknąć.
Nieobecność tematu kooptacji dziennikarstwa sprawia, że nie jesteśmy w stanie nie tylko docenić dzisiejszej działalności Hersha, ale też innych autorów, którzy mimo wszystko próbują podtrzymywać misję tego zawodu. A konfrontują się oni nie tylko ze zmową milczenia wokół tajemnic władzy, ale też z doskonale zorkiestrowanymi kampaniami nienawiści wymierzonymi w każdego, kto się nie podporządkowuje.
Co więcej, dzięki zwróceniu uwagi na ten proces można by pokusić się także o rodzaj genealogii motywu „obcych wpływów”, którymi media korporacyjne zajmują się z taką samą zapiekłością, z jaką unikają mówienia o faktycznym wymiarze kontrolującej je władzy. Przecież to właśnie ci, którzy jak Hersh, Chris Hedges, Craig Murray czy John Pilger, a także młodsi autorzy jak choćby Glenn Greenwald czy Aaron Maté są dziś w tych kręgach wrogami publicznymi właśnie dlatego, że nie poddali się konformizmowi. A ponieważ w przestrzeni medialnej na Zachodzie nie ma już miejsca na głosy wewnętrznej krytyki, dziennikarzy tych często rozlicza się z reprezentowania obcych wpływów, wrogich narracji czy innych skrojonych naprędce problemów. To najlepszy dowód na upadek ducha deliberacji i kurczenie się przestrzeni publicznej debaty do rozmiarów bunkra. Dziś każdy, kto nie jest uczestnikiem systemu tuszowania, staje się automatycznie obiektem jego wiwisekcji, wrogiego retuszu, który ma mu zniszczyć reputację.
Spóźnione eksplozje prawdy
W filmie Poitras i Obenhausa, w którym masakrze My Lay poświęcono bitą godzinę, na tekst Hersha o wysadzeniu Nord Stream 2 starczyło nieledwie kilka minut. I to takich, w których twórcy wydają się nieco zakłopotani, że w ogóle się nim zajmują. Być może udzieliła się im zapobiegliwość i sekretność samego Hersha, kto wie? Ale też to z powodu tekstu na ten temat media korporacyjne, niegdyś wysławiające jego dorobek, postanowiły bohatera Cover-Up uczynić wariatem albo oszustem.
Zarazem chodzi jednak o temat fundamentalny – potencjalny atak na infrastrukturę gospodarczą kraju NATO, państwowy terroryzm gospodarczy, największy wyciek metanu w historii, itp. – którego dalekosiężne konsekwencje przebijają być może wszystko, o czym zdarzyło się Hershowi dotychczas pisać. Powinniśmy się domagać wiedzy na temat tego, co się wydarzyło o wiele bardziej niż celebrować nawet największe dokonania dziennikarskie sprzed kilkudziesięciu lat. Zwłaszcza, że nikt inny nie zajmie się tym na serio, czego dowody mamy w wielu znanych tytułach prasowych.
Siegfried Kracauer pisał w latach 20. o niebezpieczeństwo takiej odwleczonej ciekawości. „Niebezpiecznie jest przedstawiać współczesne wydarzenia, ponieważ może to szybko i łatwo zwrócić burzące się masy przeciwko potężnym instytucjom; twórcy wolą raczej kierować kamerę w stronę średniowiecza, którego obraz publiczność postrzegać będzie jako niegroźny i budujący. Im okres historyczny, w którym osadzona jest akcja, jest odleglejszy, tym bardziej zuchwali stają się twórcy filmowi. Zaryzykują przedstawienie pomyślnie przeprowadzonej rewolucji w historycznych kostiumach, żeby tylko ludzie zapomnieli o rewolucjach współczesnych; chętnie zaspokoją ogólną potrzebę sprawiedliwości, filmując zamierzchłe walki o wolność”. Obawiam się, że ten tekst to najcięższe słowa krytyki jakie można skierować pod adresem Cover-Up. Ciekawie byłoby usłyszeć odpowiedź twórców na takie zarzuty.
Ogólna sytuacja naszej sfery informacyjnej sprawia, że nie mamy już czasu na wyczekiwanie eksplozji prawdy za kilkadziesiąt lat. Zwłaszcza, że jeśli sama sprawa masakry w My Lay czegoś nas jeszcze dziś uczy poza historią to tego, że między „teraz”, gdy nie decydujemy się bić o prawdę, a „kiedyś w przyszłości”, gdy będzie już można o niej mówić, mamy gwarantowany długi czas niezawinionych cierpień, obscenicznych kłamstw i bezwstydnych aktów tuszowania. I po latach tych, którym należała się sprawiedliwość nie będzie już nawet wśród nas. Nas samych zresztą też nie.