Mistrzostwa Świata w hipokryzji

Dlaczego w tym roku nie oglądam Mistrzostw Świata. I w czym to są realnie mistrzostwa.

Koniec marzeń, koniec snów, 

tak żegnamy się z mistrzostwami.

Klasyk

***

Zacznę od wyznania, żeby je później skompromitować. Poetyka osobistego świadectwa jest dziś bowiem jedynie opium dla ludu, który za żadne skarby nie może i nie chce stać się ludem.

Ci, co mnie znają, albo chociaż kojarzą to, co piszę, wiedzą, że mówiąc delikatnie mam słabość do futbolu. I to nie tylko w tym banalnym sensie, że ze względu na wychowanie, socjalizację i wpływ maszyn reklamowo-propagandowych namiętnie oglądam mecze piłki nożnej. Dziś zresztą coraz częściej łapię się na tym, że są one dla mnie ciekawsze, również intelektualnie, niż wiele wystaw artystycznych czy filmów. Bo mam słabość do futbolu również w tym innym banalnym sensie (bo to też już banał), że szukam w nim czegoś więcej niż tylko rozrywki – metafory pozwalającej rozumieć świat w jego złożoności, a niekiedy upraszczać ją na tyle, żeby stała się bardziej uchwytna. Napisałem nawet o tym – cóż za banał – książkę.

Nie żebym szczędził w niej krytyki pod adresem tego, jak światowa piłka nożna wywiązuje się ze swoich społecznych zobowiązań. Lekcje futbolu to w połowie jedna wielka skarga na komercjalizację, konformizację, polityzację piłki nożnej, która funkcjonuje dziś jako krystalizacja najwyższych stadiów (manifestowanych raczej poza stadionami) kapitalistycznego wyzysku. Zawsze jednak uważałem, że w piłce wciąż drzemie słaba siła czegoś przeciwnego, jakaś dziwnie zawoalowana obietnica, która ma charakter niemal utopijny. Dlatego gdy ostatnio przeczytałem wywiad, w którym Louis Althusser tłumaczył, że mecz piłki nożnej na podwórku jest kwintesensją oddolnego komunizmu, wcale aż tak bardzo się nie zdziwiłem.

Ale nawet ja, uświadomiony przez te krytyczne banały (bo przecież nie ma w tych stwierdzeniach absolutnie nic odkrywczego dla kogokolwiek kto ma oczy, uszy i mózg) mam jednak ochotę bojkotować tegoroczne Mistrzostwa Świata. Powierzenie roli ich gospodarza Stanom Zjednoczonym uważam za policzek dla każdego, kto w tym całkowicie zbaraniałym świecie nie stracił jeszcze do reszty poczucia przyzwoitości. Co więcej, zdecydowałem się na ten bojkot, ponieważ nie widzę, żeby ten oburzający fakt choćby przez chwilę stawał się publicznie przedmiotem dyskusji. Po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę Rosja została wyrzucona z większości międzynarodowych rozgrywek sportowych, w tym konsekwentnie z wszelkich oficjalnych imprez FIFA. Można by się przychylić do tej decyzji, gdyby nie podejmowali jej ludzie, którzy zarazem utrzymają w tych rozgrywkach Izrael, a nawet USA.

Rosja prowadzi obecnie nielegalną wojnę na Ukrainie – pełna zgoda. Jej nielegalność piętnują jednak w praktyce przede wszystkim kraje i organizacje, które z nielegalnych wojen, zamachów stanu, nielegalnych sankcji głodzących całe narody uczyniły swoje modus vivendi. Dlatego akurat ta decyzja moralnie mnie nie obchodzi, bo nie opiera się na żadnych odruchach moralnych, a jedynie na hipokryzji i imperialistycznych interesach. W tym samym czasie USA prowadzi co najmniej trzy wojny. Po pierwsze, tę ludobójczą w Gazie, która nie byłaby możliwa, gdyby nie finansowe, wojskowe, wywiadowcze, polityczne i dyplomatyczne wsparcie Stanów Zjednoczonych. Nie byłaby też konieczna, gdyby nie interesy globalnego hegemona. Wspiera ją zresztą cały Zachód, który równolegle, z dodatkiem charakterystycznego dla siebie obscenicznego samozadowolenia, sankcjonuje Rosję za prowadzenie wojny. Po drugie, wojna w Iranie, gdzie USA nie tylko bombarduje co się da (z przerwami i na zmianę z Izraelem), ale też bierze za zakładników całą światową ekonomię, próbując w ten sposób ochronić swą słabnącą dominację. Dosłownie wszyscy możemy za chwilę popaść w klęskę głodu, bo paru debilom przyśniły się kolejne podboje. Po trzecie, USA prowadzi też aktywnie wojnę z Rosją na Ukrainie i jeśli ktoś wciąż dziś wierzy, że tak nie jest i że Amerykanie pilnują tam jedynie demokratycznych wartości i odgrywają rolę „pomocową”, musiał praktykować ignorancję tak, jak kiedyś asceci praktykowali post.

I właśnie ten kraj nie tylko został dopuszczony do rozgrywek, ale stał się ich gospodarzem. Pomijam już fakt, że właśnie nie wpuścił na swoje terytorium utytułowanego somalijskiego sędziego, utrudnia otrzymanie wizy kibicom i zawodnikom krajów uczestniczących (np. Iranu, Uzbekistanu, Iraku), itd. itp. I co? I nic! Cisza! Nikt nie ma z tym absolutnie żadnego problemu. Żadna z rekordowych 48 reprezentacji nie zdecydowała się na najmniejszy akt sprzeciwu. Wyobrażacie sobie, co by się stało, gdyby podobne mistrzostwa miały się dziś odbyć w Rosji? No właśnie. Więc weźcie tę różnicę w reakcjach i uznajcie ją za miarę (jeśli miary starczy) hipokryzji w jakiej żyjemy. 

Nie jest to też jakakolwiek hipokryzja, tylko hipokryzja związana ze szczególnym statusem USA w imaginarium naszej części świata. Panuje w nim w końcu podprogowo akceptowany i praktykowany amerykański ekscepcjonalizm, który – jak dowodzili w swej książce Roberto Sirvent i Danny Haiphong – jest nierozdzielny z dyskursem o „amerykańskiej niewinności”. Coś co jest zbrodnią w wykonaniu kogokolwiek innego, uczynione przez USA dziesięciokrotnie jest jedynie aktem pomocy. Warto pamiętać, że ta „amerykańska niewinność idzie w parze z białym rasizmem, imperializmem, kapitalizmem i maszyną wojenną Stanów Zjednoczonych”.1 Ma bowiem neutralizować doświadczanie ich jako wydarzeń podlegających normalnej moralnej a nawet politycznej ocenie. Fantazja o amerykańskim ekscepcjonalizmie jest więc „podwójną fantazją”, która łączy wyjątkowość i niewinność w jeden spójny sen na jawie. 

***

Jednak mówienie dziś o hipokryzji samo trąci pozą, trochę jak jednostkowe wyznania, które stale reprodukują te same klisze i oczywistości. Demaskując te niekonsekwencje wciąż niejako tylnymi drzwiami podtrzymujemy roszczenia imperialistycznej architektury Zachodu do uniwersalizmu. Rozliczamy ją tylko z jej niedomagań.

Coś się zmieniło w naszym zbiorowym doświadczeniu na tyle, że wskazywanie palcem konformistów samo stało się konformistyczne. Pisał o tym wnikliwie jeden z najuważniejszych obserwatorów i najbardziej konsekwentnych krytyków trzeciej rewolucji przemysłowej, Günther Anders. Według niego żyjemy w świecie, w którym nie ma już konformistów w tradycyjnym sensie, a na scenie został tylko… konformizm. „Jednak w konformizmie postać konformisty nie odgrywa decydującej roli. Wyrażenie »konformista« już samo w sobie nie oddaje obrazu świata poddanego konformizacji, a przynajmniej obrazu »procesu konformizacji«. – Co to oznacza? Że obecnie rzadko się zdarza (i musi się zdarzać rzadko), aby jednostki własną decyzją i własnym działaniem przekształcały się w »konformistów«” 2 – pisał.

Piętnowanie indywidualnych postaw konformistycznych czy hipokryzji w zachowaniach jednostki ma sens wtedy, gdy są to wyjątki i zależą właśnie od charakteru bądź jednostkowych decyzji. A dzisiejszy świat opiera się na rozbudowanych systemach konformizacji, które sprawiają, że hipokryzja stała się warunkiem możliwości jakiegokolwiek w nim uczestniczenia. Zasadą socjalizacji jako taką. Nie jest już decyzją czy cechą charakteru, ale punktem dostępu do infrastruktury dzisiejszego świata. Próba konsekwentnego unikania tej praktycznej i strukturalnej hipokryzji czyni życie jednostkowe tak nieznośnym, że staje się ono w de facto niemożliwe.

Jak pokazuje Anders dzisiejszy konformizm rządzi się prawami „społecznego agnostycyzmu”. Oznacza to sytuację, w której „osoby pełniące określone role społeczne nie rozpoznają się nawzajem w tych rolach. A nawet (…) nie rozpoznają swoich własnych ról, a więc samych siebie”.3 Zorganizowanie Mistrzostw Świata w USA oznacza stworzenie religijnego święta dla agnostyków. Tyle tylko, że dzisiejsi agnostycy wyznają swoją religię w sposób wymykający się opozycji świadomości i nieświadomości. Nie znajduje tu zastosowania ani biblijna formuła o grzesznikach, którzy „nie wiedzą, co czynią”, ani referowana przez Slavoja Žižka formuła rozumu cynicznego, który rozpoznaje we współczesnej ideologii zdolność do zwodzenia ludzi mimo iż zasadniczo „wiedzą co czynią”. Dziś hipokryzja to raczej zwyczaj, struktura zachowania, habitus, czyli coś, co w określonych przez współczesny kapitalizm warunkach jest właściwie naturalnym przeżywaniem świata. Zwyczaj ten jest po prostu swobodnym płynięciem z nurtem wydarzeń, który pozwala nie widzieć ich jako ciągu katastrof.

W swej analizie konformizmu Anders zaznacza też, że współczesne doświadczenie jest doświadczeniem przez zaprzeczenie. Jeśli rozróżnimy dwa poziomy doświadczenia – jeden związany z czystym doznaniem, drugi zaś z formą apercepcji, czyli uświadomionego postrzegania – wówczas należy stwierdzić, że „to, czego nieustannie doświadczamy (w sensie »doznania«), nie jest przez nas doświadczane (w sensie »apercepcji«). Warunki doświadczenia nie są przedmiotami doświadczenia. (…) „Schemat przymusu” stał się conditio sine qua non życia (…). Analogicznie: pieszy nie „doświadcza” faktu grawitacji; a już na pewno nie jako szczególnego, ograniczającego go środka przymusu”.4 Żeby zachować aktualność tych refleksji, należy tylko podstawić hipokryzję pod grawitację. I zauważyć, że piłka nożna jako zjawisko medialne jest jednym z najintensywniejszych sposobów organizacji tego nie-doświadczania. Zamiast banalności zła, mamy jedynie banalność tła.

Nasza społeczna grawitacja wymaga jednak dookreślenia, bo bynajmniej nie jest tak, żeby przyciąganie nie ciągnęło nas w określoną stronę. Na Zachodzie warunkiem doświadczenia, a nawet warunkiem codziennego funkcjonowania społecznego, jest absolutna ślepota na zbrodniczy charakter amerykańskiego imperializmu. Dzieje się tak dlatego, że żyjemy pod jego płaszczem i wszystkie nasze ideologiczne, moralne i estetyczne odruchy są w dużej mierze, jeśli nie w całości, wytwarzane przez ów imperializm. To ten amerykański reżim uczy nas polityki i języka jej opisu, dostarcza rozrywki, kieruje intelektualnymi modami, wprowadza nowe moralne „dylematy”, które sam już skonsumował. Dlatego nie ma takiej zbrodni, która nie uszłaby płazem Amerykanom, to znaczy amerykańskiemu Imperium. W końcu zwykli Amerykanie mają z tym tyle wspólnego, że w tym centrum świata nie mogą nawet liczyć na publiczną służbę zdrowia.

Dla ułatwienia rozwiązania tej zagadki, owego sekretu, który polega na tym, że nie ma żadnego sekretu (jak to w ideologii) Amerykańscy imperialiści nazwali już nawet główny system AI służący do wyznaczania celów w ich operacjach wojskowych „Palantir”. I wciąż nic to nie daje. Stany Zjednoczone mogłyby przemianować Waszyngton na Sauronville, a my i tak odwiedzalibyśmy go w poczuciu, że składamy wizytę w mieście elfów.

***

Proszę, nie traktujcie tylko tego wyznania jako dowodu nonkonformizmu. Nie ma nic bardziej zgranego i banalnego niż zawodowa kontestacja. Rozpoznał to już Anders, gdy stwierdzał, że nonkonformiści jego czasów byli w gruncie rzeczy staromodnymi hipokrytami. Uważali bowiem, że ich pojedyncza postawa jest oderwana od całości warunków społecznej konformizacji. Nie inaczej postępują – to jeszcze jeden przypadek – konformiści refleksyjni, którzy nieodmiennie grają „realistów”, żeby ukryć w ten sposób swój cynizm. Mam na myśli wszystkie te biedne stworzenia z planety „wolę amerykański imperializm. To w końcu kraj demokratyczny”. To tak jakby powiedzieć w 1942 roku, że „z dwojga złego wolę nazizm. Można w spokoju posłuchać Wagnera”. 

Zamiast tracenia energii na podtrzymywanie iluzji nonkonformizmu, lepiej pomyśleć o ćwiczeniu się w etyce minimalnej. Zacząć można od praktyki wyznaczania granic swojej własnej hipokryzji. Jakichkolwiek. Wiem, że nawet ten rodzaj nieznacznej zmiany własnych zwyczajów – zwłaszcza w imieniu innym niż własny rozwój – jest bardzo trudny w epoce zinstytucjonalizowanego przymusu powtarzania. Ale można przynajmniej spróbować i przy okazji poczuć, jak silne są te niewidzialne naciski, zachęty i napomnienia, za pomocą których utrzymuje się nas w poczuciu świętego idiotyzmu. Można praktykować wspólnotowo, najlepiej w gronach równie uwiedzionych jak my.

Druga strategia: odwracanie hierarchii konformizmu, jaką zastajemy wokół siebie. Putin za kraty? Proszę bardzo, ale najpierw Clinton, Bush, Obama, Biden, Trump i cała ta zgraja zwyrodnialców, których dziedzictwo spłynęło krwią milionów ludzi, a których wciąż umieszcza się jakby po drugiej stronie moralnego Rubikonu. Zacznijmy od początku i od źródła, potem zajmijmy się resztą. Może po drodze uda nam się zbudować polityczną wspólnotę na tyle oczyszczoną z własnej hipokryzji, że jej roszczenia do osądzania kogokolwiek nie będą brzmiały aż tak niedorzecznie.

Ta minimalistyczna etyka jest oczywiście jedynie skromną namiastką autentycznej zmiany, budowaną naprędce w czasach teleologicznego zawieszenia polityki. U Sorena Kierkegaarda pojęcie „teleologicznego zawieszenia etyki” oznaczało wzięcie w nawias uniwersalnych zasad moralnych na rzecz całkowitego podporządkowania się bezpośredniej relacji z Bogiem. Nawet wówczas, a może przede wszystkim wówczas, gdy ten oczekuje od nas zachowań sprawiających wrażenie niemoralnych (pamiętacie Izaaka?). Dzisiejszy świat to w dużej mierze teologiczne zawieszenie polityki, które stało się permanentnym podporządkowaniem wszystkich dawnych politycznych wartości mechanizmom akumulacji kapitału. Etyka minimalna potrzebna jest do przetrwania w tym świecie powszechnej neutralizacji, ale tylko w oczekiwaniu na moment, w którym na te nieszczęsne ziemie powróci autentyczna polityka i zacznie ten system zmieniać. 

W sytuacji, gdy polityka i etyka są teleologiczne zawieszone, wyznaczanie granic własnego konformizmu i odwracanie hierarchii otaczającej nas hipokryzji jest tak naprawdę stopniowym, lokalnym i zapewne powolnym odwieszaniem tego zawieszenia. Może jest to droga na Mistrzostwa Świata w jakiejś innej dziedzinie niż zakłamanie.

Przypisy

1 Roberto Sirvent, Danny Haiphong, American Exceptionalism and American Innocence. A People’s History of Fake News – From the Revolutionary War to the War on Terror, Skyhorse Publishing, New York 2019. Ebook.

2 Günther Anders, Die Antiquiertheit des Konformismus, w: tegoż, Die Antiquiertheit des Menschen. 2: Über die Zerstörung des Lebens im Zeitalter der dritten industriellen Revolution, C.H. Beck, München 1992, s. 193.

3 Tamże, s. 195.

4 Tamże, s. 200.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *