Żeby dostrzec to, co i ślepy by dostrzegł,
trzeba nieustannych wysiłków.
George Orwell
Polska to piękny kraj. Kraj ludzi otwartych i tolerancyjnych. Najwyżej w tej hierarchii stoją oczywiście ludzie wykształceni i pełniący ważne funkcje społeczne. Ci bowiem są tolerancyjni nie tylko wobec grup upośledzonych, wykluczonych, prześladowanych. Potrafią na tyle wznieść się ponad prymitywne podziały i plemienne spory, że wykazują się tolerancją i otwartością również wobec faszystów. Mimo iż do niedawna w ogóle nie wierzyli w ich istnienie.
Nawiązuję tu oczywiście do burzy wywołanej przez Wołodymyra Zełeńskiego, który nadał jednej z jednostek wojskowych imię „bohaterów UPA”. Właściwie trzeba od razu powiedzieć, że to nie prezydent Ukrainy wywołał awanturę, ale reakcja Karola Nawrockiego, który wyrwał się z utrwalonej już przez lata omerty i odebrał Zełeńskiemu Order Orła Białego przyznany jeszcze w 2022 roku. Gdyby nie Nawrocki, nikt nie przejąłby się jedną więcej jednostką wojskową nawiązującą do banderyzmu, tak jak nieporównywalnie mniejszy szum wywołał wcześniejszy o tydzień ponowny państwowy pochówek Andrija Melnyka. Nie takie rzeczy przechodziły bez echa.
Zastanawiające jest to, że zwłaszcza wśród postępowej części polskiej inteligencji to nie gloryfikacja UPA, ale sprzeciw wobec niej wywołuje zbiorową reakcję, w której trudno nie rozpoznać oznak prawdziwej paniki. W jaki sposób znaleźliśmy się w tym miejscu? Jak to się stało, że lewicowcy i liberałowie – zjednoczeni na froncie walki o Fajnopolskę – bronią dziś prawa do upamiętniania oraz wynoszenia na sztandary morderców własnych przodków?
Rzecz to nie nowa, ale ja nie o historii tego procesu chciałbym pisać (choć należałoby), ale o pojawiających się przy tej okazji technikach sprzedawania nam ukraińskiego nacjonalizmu i neonazizmu, jego relatywizowania i rozmywania odpowiedzialności tych, którzy go kultywują. I o tym, jak to się rozchodzi po różnych kręgach polskiego politycznego piekiełka.
Kilka technik.
1. Technika pierwsza: „To rosyjska propaganda”. Od lat w polskiej „debacie publicznej” tego rodzaju sugestia wcale nie oznacza, że dana wypowiedź jest nieprawdziwa. Opozycję między prawdą a fałszem już dawno odstawiono do lamusa a automatycznie wypowiadana fraza o „rosyjskiej narracji”, „powielaniu”, ”zbieżności” służy skutecznej odmowie wchodzenia w dyskusję na temat rzeczywistości. Polska inteligencja dawno zgodziła się w tym temacie na swoją instrumentalizację. Jest nawet dumna, że może być zadaniowana przez aparat państwowy, rodzimy lub niekoniecznie rodzimy. Wierzy przy tym, że w ten sposób przypodoba się a nawet upodobni do zachodniego mainstreamu, który wciąż wyznacza dla niej wzór, dostarcza prestiżu, organizuje zasoby, widzialność, itd. Warunkiem jest wywiązywanie się ze swych kompradorskich zadań, czyli skuteczne implementowanie w Polsce punktu widzenia imperialistycznego centrum. Postępowcy od lat są w Polsce rodzajami misjonarzy oddelegowanych do cywilizowania wschodnich rubieży autentycznej cywilizacji. Rosja nie dysponuje tutaj podobną infrastrukturą, więc tym łatwiej staje się tematem, przy którym tutejsza inteligencja wykazuje swoją przydatność.
Gdy Rosja coś powiedziała, Polakom definiuje to świat. Negatywnie, ale wciąż. Trzeba więc nieustannie określać własną pozycję wobec, w obliczu, na przekór Rosji. Jest to wtórna symboliczna podległość, która sprawia, że z założenia Polacy nie mogą mieć własnego, autonomicznego stanowiska zanim nie sprawdzą czy przypadkiem „na Kremlu nie strzelają korki od szampana”. A dlaczego nie mogą? Bo nie mogą mieć autonomicznej i własnej polityki międzynarodowej. Dlaczego? Bo wówczas Polska wpadłaby w szpony Rosji. I tak w kółko.
Warianty poboczne: „to wszystko operacja dezinformacyjna Rosji”, względnie: „element sowieckiej mentalności”. Oznacza to, że ukraiński ultranacjonalizm, instrumentalizowany przeciw Rosji (wówczas jeszcze ZSRR) co najmniej od lat 50. ubiegłego wieku, jest tak naprawdę wymysłem rosyjskiej propagandy, ale gdy okaże się jednak realny, znów to Rosja odpowiada za jego wyprodukowanie. Widać w tym mechanizm działania tabu, wokół którego można wyprodukować najdziwniejsze opowieści byle nie przyznać rzeczy oczywistej i wyciągnąć z niej wnioski.
2. Technika druga: „Przeszło im”. Według tej wersji Ukraina, owszem, miała grupy i partie żywiące sentyment do nazistowskich kolaborantów z UPA i OUN, ale to już było, minęło i teraz cała ta strona politycznego spektrum uległa deradykalizacji. Jak do tego doszło? Otóż stało się to dzięki włączeniu ochotniczych grup o faszystowskich ciągotach (jak Azow, Aidar, Tornado i inne) w szeregi regularnej ukraińskiej armii. To oczywiste, prawda? Aż dziwne, że wcześniej nikt nie wpadł na to, żeby problem ekstremistycznych ugrupowań rozwiązać dostarczając im broń, zapewniając polityczne wpływy i podporządkowując ich symbolice oficjalne państwowe instytucje. I to mimo iż znamy przecież podobne pozytywne przemiany z historii, gdy Republika Weimarska poradziła sobie z Hitlerem oddając mu urząd kanclerza.
Wariant poboczny: „oni nie traktują tej symboliki poważnie”, „to takie trollowanie”. Tu chyba wystarczy cytat z Groucho Marksa: „Jeśli wygląda na idiotę i mówi jak idiota, nie daj się zwieść. Naprawdę jest idiotą”. Nie ma powodu stosować innej metody do skrajnej prawicy.
3. Technika trzecia: „mają małe poparcie w parlamencie”. Niestety, przykład Ukrainy pokazuje właśnie, że nie trzeba mieć wielkiego poparcia wyborczego, żeby skutecznie wpływać na kształt ideologiczny kraju. Wystarczy mieć wpływ w kluczowych wymiarach tego państwa, a ten ukraińska skrajna prawica uzyskała najpierw w pomajdanowym rządzie (resorty siłowe i policyjne należały do partii Swoboda), a następnie wypełniła lukę po dezerterach, gdy w ramach Operacji Antyterrorystycznej ukraiński rząd postanowił pacyfikować rebelię na Donbasie.
Uzyskane w ten sposób narzędzia nacisku, skrajne ugrupowania wykorzystują skutecznie, co pokazują ich sukcesy w torpedowaniu pokojowych inicjatyw Żeleńskiego z początków jego prezydentury. W dzisiejszym pejzażu politycznym Ukrainy nie ma kandydata na nowego lidera kraju, który nie byłby przychylny banderowskiej ideologii. Wśród najczęściej wymienianych (np. przez Jarosława Hrycaka) jest Budanow, Bilecki i Załużny. Pierwszy uznał Banderę za postać nieśmiertelną i porównywał się do niego, drugi założył ruch Azow, trzeci zasłynął wywiadem online, w którym udało mu się zmieścić w komputerowym kadrze wielki portret przywódcy OUN.
Zresztą weźmy przykład z własnego podwórka. Czy poparcie dla partii Zbigniewa Ziobry przekraczało kiedyś 3%? Nie, a mimo to np. kobiety w tym kraju wciąż żyją w rzeczywistości zdefiniowanej przez jego antyaborcyjne obsesje.
4. Technika czwarta: „Może kult UPA jest zły, ale Ukraińcy bronią nas przed Rosją”. To być może punkt ciężkości całej ideologicznej konstrukcji, bo bez wiszącej nad nami groźby rosyjskiej inwazji, tego rodzaju emocjonalne wzmożenie nie byłoby możliwe. Zrozumiały lęk przed wojną został skanalizowany w celu jej dalszego podsycania, czemu narracja o planowanej inwazji Rosji na NATO ma właśnie służyć. Poza tym zdejmuje całkowicie odpowiedzialność z państw zachodnich za jakiekolwiek działania eskalujące sytuację, włącznie z tymi, które samą wojnę poprzedzały. Pozwala to też zatrzeć fakt, że obecność banderyzmu na Ukrainie, jego rosnący wpływ, był również jedną z przyczyn tej wojny, a nie jedynie przesadzoną reakcją na jej wybuch, którą musimy tolerować w imię wyższych wartości. Inwazja rosyjska doprowadziła oczywiście do zwiększenia popularności, a nie osłabienia, tej linii politycznej.
Swoją drogą to bardzo ciekawe, że najpotężniejszy sojusz militarny na świecie, czyli NATO, potrzebuje do swojej obrony kraju, który nie jest jego członkiem. Ciekawe, że sojusz obronny broni się też poza granicami własnego terytorium przed państwem, które go nie zaatakowało.
Rosja postanowiła zresztą zaatakować nas Polaków (bo to wszystko oczywiście o nas) i resztę NATO w sposób dość osobliwy. Nie wprost i przez najdłuższy lądowy pas, który ją od nas oddziela. Aż szkoda, że nie postanowiła zrobić tego w ogóle od drugiej strony świata, wówczas mielibyśmy wreszcie szansę być bronieni przed Rosją przez USA.
Niestety polska bańka informacyjna nie jest skłonna do podjęcia żadnej poważniejszej analizy genezy tej wojny, ponieważ nauczono ją traktować wszelkie nie pasujące do schematu pytania i argumenty za część operacji dezinformacyjnej i dowód na obce wpływy. Zadowala się więc sloganami, nawet jeśli nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością a niekiedy wręcz całkowicie odwracają ją do góry nogami.
Timothy Snyder, historyk o tak wybitnych kompetencjach, że zdołał w Putinie dojrzeć kiedyś zarówno Hitlera, jak i Stalina (sic!), stwierdził nawet, że bezwzględne popieranie Ukrainy jest warunkiem zachowania polskiej niepodległości. To ciekawa definicja niepodległości, skoro zależy ona od bezwzględnego popierania polityki innego państwa. I jeszcze określana jest z zewnątrz przez amerykańskiego członka Council on Foreign Relations.
Wariant poboczny: „może UPA było straszne, ale walczyło z Sowietami”. No cóż, III Rzesza też walczyła z Sowietami. Nawet chyba skuteczniej niż UPA. Czemu więc polska opinia publiczna nie chwyci się i tego faktu, żeby wymazać ze zbiorowej pamięci inne rzeczy, które robili naziści? Poczekajmy, dajmy szansę. Jeszcze wszystko przed nami. Te argumenty pokazują co przynosi długotrwały trening w historycznym rewizjonizmie i jego podporządkowanie bieżącym potrzebom geopolitycznym. One same z kolei, jak w błędnym kole, wyrastają często ze zideologizowanej i zinfantylizowanej wersji historii. Najpierw mieliśmy symetryzm totalitaryzmów, potem pranie reputacji Zachodu, a następnie systematyczną rehabilitację nacjonalizmów.
Dziś pętla ta weszła już w taką fazę, że nawet liberałowie i lewicowcy dzielą to samo imaginarium historyczne, co skrajni nacjonaliści. A jego punktem archimedesowym jest bezwzględna kryminalizacja komunizmu i socjalizmu, z której powoli wyłączany jest natomiast faszyzm i nazizm. Postępowcy i nacjonaliści mają tego samego wspólnego wroga, więc zaczynają mieć powoli tych samych przyjaciół. I nie zmienia tego fakt, że tylko nieliczni i niechętnie są w stanie się do tego przyznać.
***
Tu mała dygresja teoretyczna. Chantal Mouffe dokonuje w swojej teorii politycznej rozróżnienia między antagonizmem a agonizmem. Ten pierwszy to relacja z wrogiem, w której nie sposób znaleźć żadnej płaszczyzny porozumienia, nie można przezwyciężyć wzajemnej wrogości. W przypadku agonizmu jednak, pomimo skrajnych różnic lub sprzecznych interesów, istnieje wspólny mianownik choćby w kwestii tego jak prowadzić ze sobą walkę. To relacja nie z metafizycznym wrogiem, ale z politycznym przeciwnikiem.
Osobliwość dzisiejszej architektury ideologicznej w Polsce jest taka, że to komunizm (i Rosja wraz z nim jako jego spadkobierca) są uznawane za wrogów metafizycznych (Nawrocki sam stwierdził, że Rosja jest naszym „odwiecznym wrogiem”), podczas gdy Ukraina, nawet z kultem nazistowskich kolaborantów, pozostaje naszym metafizycznym (patrz: Snyder) sojusznikiem. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie sposób nawet wyartykułować pozycji agonistycznej, która przywracałaby polityczny realizm i uzależniała własną strategię od rzeczywistych działań naszych sąsiadów.
W ogólniejszym sensie nasze państwa mają ideologiczny profil, który w sposób całkowity i bezwzględny odrzuca komunizm, natomiast faszyzm i nazizm coraz częściej odrzuca (jeśli odrzuca) jedynie względnie. Na łaskę ważenia zasług i przewin łapią się tylko ci ostatni.
***
5. Technika piąta: „odosobniony incydent”. Skutkiem ubocznym rozpętanej w polskiej przestrzeni publicznej awantury o nadanie oddziałowi armii nazwy „bohaterów UPA”, jest koncentracja na pojedynczej decyzji, zamiast na szerszym procesie. Komentatorzy chętnie przyznają, że Zełeński popełnił błąd, faux pas, zapomniał się i nie wziął pod uwagę wrażliwości Polaków.
Tyle tylko, że to nie jest odosobniony przypadek, ale zwieńczenie długiego procesu rehabilitacji UPA i OUN oraz budowania ideologicznych fundamentów państwa ukraińskiego po Majdanie na tej polityce historycznej. Jest to fenomen doskonale opisany i zanalizowany, a obejmuje setki podobnych decyzji, gdy ukraińscy faszyści stawali się patronami szkół, ulic, instytucji, bohaterami podręczników, pomników, itd. Doskonale potwierdzają to reakcje ukraińskich polityków na gest Nawrockiego. Okazuje się, że dla nich kult UPA i OUN jest już nieodróżnialny od ukraińskiej państwowości jako takiej. Gdyby było inaczej, gdzie byłby problem? Gdyby chodziło o pojedynczą sprawę, w ogóle nie byłoby sprawy.
Tymczasem teraz polska klasa polityczna konfrontuje się – przyznać trzeba: niechętnie – z konsekwencjami własnej politycznej ślepoty oraz tego, jak głęboko zinstrumentalizowana została pamięć historyczna naszego regionu na rzecz interesów amerykańskiego imperializmu. Bez banderowców – co przyznają chętnie oni sami – nie byłoby „rewolucji godności” na Majdanie, a poparcie politycznych ekstremistów stanowiło konieczny element strategii osłabiania Rosji przez NATO, co też nie jest już tajemnicą dla każdego, kto słucha uważnie choćby wypowiedzi amerykańskich polityków.
Z konsekwencjami tej strategii zostaniemy oczywiście sami. Jak wcześniej mieszkańcy innych regionów świata (choćby Bliskiego Wschodu), gdzie USA też bez żadnych skrupułów rehabilitowały najbardziej reakcyjne i brutalne ruchy oraz ugrupowania, o ile tylko mogły posłużyć do realizacji ich celów.
6. Technika szósta: „My też mamy swoje grzechy”. Jest to, trzeba przyznać, specyficzny rodzaj whataboutyzmu. Taka asertywność w cudzym imieniu. Stanowi to zresztą część szerszego zjawiska, które występuje szczególnie silnie w środowisku Fajnopolaków, dla których Ukraina stała się okazją do ucieczki od własnych kompleksów wobec symbolicznej hegemonii polskiej prawicy. Powstał w ten sposób rodzaj pożyczonego, kompensacyjnego patriotyzmu, patriotyzmu z drugiej ręki. Dla tych środowisk polski patriotyzm pachnie od razu faszyzmem. Ale Ukraina to co innego. Tam wszystko jest jakieś inne, lepsze, autentyczniejsze. Nawet faszyzm jest de facto emancypacją.
Ale jeśli to nazistowska symbolika i kult nagiej siły stanowią dla jakiejś grupy platformę wyzwolenia, to może jej głęboka jaźń jest bardziej skażona faszyzmem niż świadczyłoby o tym urządzane przez nią na co dzień polowanie na polskich patriotów? Może ci, którzy nieustannie ostrzegają, że „idzie faszyzm”, powinni wreszcie usłyszeć: „tak, z wami pod rękę”? To oni poprzez swoją ukraińską kompensację, którą chronicznie mylą z autentyczną empatią, zrobili więcej niż prawica dla normalizacji i legitymizacji ukraińskiego faszyzmu.
W ramach tej przepychanki zupełnie znika z pola widzenia możliwość krytyki zarówno własnych, jak i cudzych przewin w imię uniwersalnych zasad i przekonań. Do tego trzeba jednak jakieś zasady i przekonania posiadać, a tu jak widać rządzą raczej bezwarunkowe odruchy dostosowane do bierzących potrzeb medialnych cykli, niż postawy wynikające z jakichkolwiek głębszych przemyśleń.
Argument o tym, że przecież w Polsce też czci się nacjonalistów i faszystów mających krew na rękach jest zarazem historycznie trafny i politycznie nierelewantny. Przewiny polskich faszystów nie zmywają przewiń faszystów innych krajów. Choć przyznać trzeba, że środowisko Nawrockiego zyskało siłę i widoczność dzięki podobnym mechanizmom do tych, które na Ukrainie rehabilitują UPA i OUN. Spór dwóch prezydentów jest w tym sensie mimo wszystko kłótnią w rodzinie, co nie zmienia faktu, że odsłania o wiele głębsze problemy i zaniedbania.
Pozycja Fajnopolaków jest tu znów bardziej złożona niż pozycja Ortopolaków. Ci ostatni mają swoich nacjonalistów i bez wahania będą ich wystawiać na historyczną potyczkę z tymi ukraińskimi. W sporze między nacjonalizmem polskim a nacjonalizmem ukraińskim Fajnopolacy wybiorą natomiast ten drugi, żeby broń Boże nie wyjść na… nacjonalistów. Sami dawno już przekonali samych siebie, że nie posiadają żadnego innego politycznego języka, który mógłby im pomóc w tej sytuacji. Zwłaszcza, że ich pozycja w społeczeństwie zależy od kontaktu z imperialistycznym centrum, a stamtąd nie przychodziły apele o konsekwentny antyfaszyzm.
7. Technika siódma: „Oni po prostu inaczej postrzegają historię”. To część strategii osiągania konsensusu przez relatywizację. Sprowadza się w ten sposób zbrodnie banderyzmu do jakiejś polskiej obsesji. Ale zbrodnie UPA i OUN nie są odrażające, bo Polacy mają taką narrację i pamięć. Faszyzm ukraiński nie jest godny potępienia dlatego, że jest ukraiński, tylko dlatego, że jest faszyzmem. Podobnie jest z polską czy jakąkolwiek inną jego odmianą. I każdy w miarę myślący człowiek, nie powinien mieć w ogóle problemu ze stwierdzeniem tego faktu. Hitleryzm nie jest godny potępienia, bo tak mówią Polacy czy Żydzi, tylko dlatego, że planowo mordował całe narody w imię własnej rasistowskiej ideologii.
To, że podobna postawa nie jest ani w Polsce, ani na Ukrainie oczywistością, stanowi efekt długotrwałej ideologicznej transformacji, której fundamentem jest oczywiście kryminalizacja komunizmu, a wraz z nim usunięcie ze zbiorowej świadomości powojennej religii cywilnej jaką był zresztą po obu stronach żelaznej kurtyny (choć w różnych formach) antyfaszyzm. Dziś religią cywilną Europy jest antykomunizm, a jego najnowszym wcieleniem – rusofobia. I one uzasadniają coraz bardziej radykalne transgresje w manipulowaniu historią.
Wariant poboczny: „Każdy ma prawo sam sobie wybierać bohaterów”. To też relatywizacja, ale odwołująca się, paradoksalnie, do rzekomo uniwersalizującej figury „prawa”. Prawo do faszyzmu staje się w ten sposób niemal prawem do samostanowienia. A w polskiej przestrzeni publicznej znów pojawia się ciekawe pęknięcie. Fajnopolacy byliby skłonni przyznać: „tak, wszyscy, ale nie Polacy”, bo inaczej musieliby pogodzić się z miejscowym kultem żołnierzy wyklętych, któremu w jakiś sposób patronuje teraz Nawrocki. On sam i reszta Ortopolaków też nie do końca wierzy w to zdanie, ale użyje go w taki sam sposób jak Fajnopolacy, gdy tylko ktoś zaatakuje jego panteon bohaterów. Ciekawe czy jak w Niemczech władzę obejmie ktoś, kto ma sentyment do niespełnionego bawarskiego malarza też obejmie go to prawo?
8. Technika ósma: „To było dawno temu, po co to wywlekać”. Jest to w sumie wariant narracji o odosobnionym incydencie, tyle że przeniesiony w wymiar czasowy. Pomijam istotną kwestię ekshumacji. Bo to tylko element pewnej całości. I problem z tą całością polega na tym, że państwo ukraińskie właśnie teraz stawia na pomnikach zbrodniarzy i ludobójców, aby w ten sposób wychować w kulcie banderyzmu nowe pokolenia swoich rodaków. I sprzeciw wobec tej polityki dotyczy przede wszystkim jej efektów w najbliższej przyszłości.
Wariant poboczny (też związany z czasem): „Dajmy im trochę czasu”. Okażmy cierpliwość. Pomijając ukryty protekcjonalizm tej postawy, który czyni z Ukrainy kraj małych dzieci, które w swojej narodowej świadomości są dopiero na etapie raczkowania, jest to po prostu argument bezsensowny. Gdy ostatni raz Ukraińcy przeżywali fascynację ideami Doncowa wymordowali tysiące Polaków, Żydów, Rosjan i własnych rodaków. Teraz, gdy takie wzmożenie jest budowane ponownie mamy mu się dać w pełni rozwinąć? W końcu co może pójść nie tak, prawda?
Ten współczesny wymiar problemu jest często pomijany również przez tych, którzy krytykują politykę historyczną Ukrainy. Są w stanie potępiać przeszłość, tylko wobec teraźniejszości są nad wyraz wyrozumiali. To o tyle dziwne, że jeśli coś nam zagraża to raczej współczesny a nie historyczny banderym. Sam Bandera, choć nie wiem czy i to nie jest dziś w Polsce poglądem kontrowersyjnym, już nie żyje.
Kilka uwag.
I. Jak pewnie zauważyliście używam tu dość często argumentu o marnej reputacji – ad hitlerum. Cóż, staram się korzystać póki jeszcze można. Jest symptomatyczne, że tabu odpowiadające za bezbłędną skuteczność tego zabiegu retorycznego właśnie upada na naszych oczach. Antyfaszyzm przestał być najmniejszym wspólnym mianownikiem, moralnym minimum w życiu publicznym. Może nigdy nie był nim naprawdę, albo w wystarczającym stopniu? Dziś, gdy w obronie czci nazistowskich kolaborantów staje najbardziej postępowa część inteligenckiej elity, można uznać, że padł ostatni bastion historycznej przytomności. Można już wszystko, nie ma żadnych ograniczeń. Za chwilę okaże się (co ja mówię, już się okazało), że to Polacy powinni przeprosić za Wołyń.
„Gazeta Wyborcza” uruchomiła już nawet hasło: „Auschwitz nie spadło z nieba”. Bezpośrednio odnosi się to do nacjonalistycznego wzmożenia prawicy, która teraz chce sprawdzać narodowość posłów w sejmie. Jednak w kontekście tego, co jest treścią i istotą tego sporu, powiedzieć, że tego rodzaju moralne akty strzeliste wypadają jak niezamierzona karykatura, to nic nie powiedzieć. Zresztą nie tylko Auschwitz nie spadło z nieba. Wołyń też. Gaza też. To raczej redaktorzy GW wydają się czasem spadać z jakichś nierealnych wysokości i w konfrontacji z realnym światem wyglądają na mocno poturbowanych.
Jak to się stało, że kapłani cnotliwości nie są w stanie wykazać się cnotą tak minimalną jak jednoznaczne i konsekwentne potępienie nazizmu (bo banderym był jego odmianą)? Skąd u tych moralnych maksymalistów aż taka wybiórczość? Odpowiedzi są jak się wydaje dwie.
Po pierwsze: uwarunkowania geopolityczne. Od dawna elementy najbardziej reakcyjnych i niebezpiecznych ideologii znajdowały swoje miejsce w pakiecie postaw dopuszczalnych, a nawet cool. Kultywowanie nacjonalizmów w krajach bloku socjalistycznego to ABC amerykańskiej strategii od początku zimnej wojny. Po upadku ZSRR przemilczanie sojuszy USA ze skrajną prawicą było koniecznym elementem pro-zachodniej narracji. Celowała w tym „Gazeta Wyborcza”, zakochana od pierwszego wejrzenia w każdej zachodniej nielegalnej wojnie, interwencji, zamachu stanu czy ekonomicznej grabieży. Jugosławia, Irak, Afganistan, Libia, Syria – do wyboru do koloru. Polskie autorytety za każdym razem stawały na baczność, żeby reprezentować moralne racje handlarzy bronią i globalnych mafiozów. Wymagała tego ich pozycja w systemie głęboko spenetrowanym przez interesy krajów zachodnich z USA na czele.
Po drugie: wewnętrzna ewolucja kompradorskiej inteligencji. Dzierżąc przez jakiś czas rząd dusz, elity liberalne oduczyły się toczyć jakiekolwiek spory, bo wszystkie wygrywały siłą swej instytucjonalnej przewagi zawczasu. Pokłosiem wypracowanego w ten sposób habitusu jest dzisiejsze flagowanie oponentów za pomocą kategorii dezinformacji, teorii spiskowych, kremlowskich narracji, itd. Zabieg ten skutecznie zastępuje konieczność angażowania się w merytoryczne dyskusje, ponieważ w ich wyniku spójność dominującej narracji siłą rzeczy by słabła. A przecież kompradorska inteligencja ma stać na jej straży, a nie wdawać się w niuanse. Stąd też bierze się kicz moralnego uniesienia, który w kontekście sporu o UPA zahacza czasem o groteskę. O ile kicz estetyczny można określić jako wzruszenie własnym wzruszeniem, o tyle kicz moralny to poczucie wyższości wynikające z poczucia własnej wyższości. Po co tracić tak korzystną pozycję?
II. Obecnie mainstream medialny chroni już dwa faszyzmy: izraelski i ukraiński. Oba zresztą z tych samych powodów geopolitycznych i przy jednoczesnych próbach wymazania tego politycznego kontinuum. Warto się może jednak zastanowić jak właściwie określić ogólny projekt polityczny, w którym uczestniczymy, skoro wymaga on nieustannego wchodzenia w tego rodzaju alianse?
Jaki budujemy świat, skoro dziś w dobrym towarzystwie niedelikatne jest wypominanie izraelskim i ukraińskim faszystom, że są, albo stają się, faszystami? Czemu na siłę czyni się z tego gest równoznaczny z samym faszyzmem, motywowanym przez antysemityzm lub ukrainofobię? Jak to się stało, że ten, wydawałoby się, zupełnie naturalny moralny odruch stał się tak kosztowny?
III. Wszystko to dzieje się oczywiście ponad głowami i wbrew żywotnym interesom nie tylko znakomitej większości polskiego społeczeństwa, ale również ukraińskiej diaspory w Polsce. Polonobanderyzm – jak określił kiedyś to zjawisko Bronisław Łagowski – knebluje bowiem również Ukraińców, który nie podzielają fascynacji UPA i OUN, a którzy niekiedy sami padali już ofiarą ich rehabilitacji. Najpierw byli kneblowani u siebie, teraz knebluje się ich po raz drugi u nas. A to ci Ukraińcy, podobnie jak Polacy chcący trzymać się jak najdalej od kultu wyklętych i innych nacjonalistycznych jasełek, są szansą na życzliwe współżycie, wzajemną pomoc i przyszły pokój. Oportunizm klasy politycznej właśnie wrzuca ich wszystkich na minę i składa na ołtarzu własnych interesów.
Ortopolacy najpierw zrobili z nazioli normalsów, żeby teraz zrobić z normalsów nazioli i w ramach odwetowej „walki z UPA” (spóźnionej o jakieś 12 lat), walczyć również z nimi. Fajnopolacy będą z kolei do znudzenia umierać za przyjaźń polsko-ukraińską, włączając w nią banderowców, którzy tę przyjaźń z powodów dla swej doktryny fundamentalnych traktują najwyżej jak zło konieczne. Jedni mają wrogów a drudzy przyjaciół nie tam gdzie trzeba. I jedni i drudzy w praktyce podtrzymują znak równości między ukraińskością a banderyzmem. I jedni i drudzy nie potrafią mieć normalnych politycznych sojuszników lub przeciwników, bo to wymaga jakiejś „kultury strategicznej” – jak to się dziś mówi – a tej u nas nie wypracowano, bo po co podwykonawcy komplikować robotę?
Tymczasem jednoczącym mitem dla Polski i Ukrainy (a w dalszej kolejności dla całego regionu) mógłby być właśnie antyfaszyzm. Byłby może mitem i jak każdy mit upraszczałby relacje, historie, itd., ale miałby przynajmniej pozytywny, pokojowy, solidarnościowy potencjał. To, że dziś taka propozycja brzmi jak scenariusz science-fiction, pokazuje jedynie głębię mentalnej, politycznej i instytucjonalnej niesamodzielności, w którą popadły kraje byłego bloku socjalistycznego. Brak konsekwentnej, lewicowej postawy antyfaszystowskiej sprawia, że będziemy skazani na tożsamościowe wyścigi, które nie tylko kryzysu nie uleczą, ale wręcz go utrwalą. Klucz do problemu jest bowiem daleko poza ich zasięgiem.