Flagi Iranu

Twitter zmienił niedawno ikonkę reprezentującą flagę Iranu. Od dwóch miesięcy Iran jest według portalu monarchią. Co w istocie znaczy ten gest? Co mówi o naszej przestrzeni informacyjnej?

Nie chce się nam już sprzeczać

Czy wykorzystaliśmy siłę, jaką mieliśmy. Teraz

Nie mamy już siły.

Nie chce się nam już mówić

Czy można obejść się bez przemocy. Teraz

Przemoc nas pokonała.

Bertolt Brecht

Flaga to osobliwa forma znaku. Jej istotą jest bowiem nie to, co oznacza, ale to, co zbiera i ujmuje w zakreślone przez siebie ramy. Jest to znak, który bardziej gromadzi i zawiera w sobie, niż wyraża czy manifestuje. A raczej jest w stanie robić to drugie, ponieważ robi to pierwsze. Flaga danego kraju przedstawia związaną z jego ustrojem symbolikę, ale przede wszystkim zakorzenienia go, oznacza, w szerszym porządku znaków. Zarazem jednak reprezentuje ona w sposób dość arbitralny wszystkich, którzy jakoś podlegają pod jurysdykcję danego państwa, nawet jeśli w sposób fundamentalny nie zgadzają się z jego politycznym porządkiem.

W trakcie trwających na początku stycznia 2026 roku protestów w Iranie, Twitter zmienił graficzną reprezentację kraju z flagi Republiki Islamskiej na flagę Monarchii. Do dziś zresztą w jej środku widnieje charakterystyczny złoty lew, zamiast słowa oznaczającego „Allaha” oraz tulipana symbolizującego islam, siłę i męczeństwo. W ten sposób gigant technologiczny włączył się do walki na symbole, której stawką jest dalsze trwanie tego, co media zachodnie nieodmiennie nazywają irańskim „reżimem”. Ten akt skrywa jednak w sobie głębszą treść i odsyła do transformacji samych warunków możliwości dzisiejszej polityki, a nie zajmuje jedynie stanowiska w konkretnym i lokalnym sporze. Zwłaszcza, że w tym pojedynczym geście krystalizuje się strategia całej amerykańskiej oligarchii zarządzającej kontinuum zachodniej władzy politycznej, technologicznej, wywiadowczej i informacyjnej.

***

Po pierwsze, decyzja Twittera pokazuje, że w dzisiejszej infosferze nie ma już miejsca na deliberację. „Debata publiczna” stała się przebrzmiałym słowem, ujawniającym jedynie nostalgię jego użytkowników do niegdysiejszych sporów ideologicznych. Aktualny stan polityki to raczej permanentna operacja dezinformacyjna, w której argumenty polityczne zmieniły się w tokeny podlegające złożonym sieciom kontroli, manipulacji i defraudacji.

Gest amerykańskich technokratów stanowi doskonały przykład czegoś, co Jean Baudrillard, w niewinnej epoce pierwszych eksperymentów z zarządzaniem zbiorową percepcją, nazwał „precesją symulakrów”. Przysłowiowy Elon Musk ustanowił już nowy reżim w Iranie, a w zasadzie przywrócił stary, który obaliła rewolucja z 1979 roku. Teraz trzeba tylko poczekać aż rzeczywistość dogoni zadekretowaną przez algorytm przyszłość kraju. Wydarzenia polityczne są więc wtórne wobec symbolicznych współrzędnych ustanowionych i utrwalonych przez amerykańską oligarchię zawczasu.

Dokonana przez Twitter zamiana pokazuje zakres uznawanych przez Imperium wyborów. Nie chodzi o zastanawianie się nad przyszłością Iranu czy oczekiwanie na zbiorową decyzję jego mieszkańców. Ci zostali uprzednio oznaczeni wraz ze swym państwem jako społeczeństwo zależne od USA, tak jak zależna była monarchia za szacha. W związku z tym „Irańczyków” będą w przestrzeni medialnej Zachodu odgrywać tylko Ci, którzy występują przeciwko obecnemu ustrojowi Iranu. Wielu z nich zresztą reprezentuje organizacje od lat finansowane przez amerykański wywiad i realizujące wyznaczone przezeń cele.

Twitter nie wyraża czyjegoś poglądu. Tworzy środowisko, które warunkuje sposób funkcjonowania poglądów. Wyznacza współrzędne obiegu informacji. Predeterminuje hierarchię tematów, argumentów czy obrazów. Każdy, kto wchodzi w tak zdefiniowany obieg, funkcjonuje w świecie, w którym władze w Iranie zostały już w sposób odgórny, algorytmiczny, zdelegalizowane. I głos można zabrać tylko w środowisku już naznaczonym przez tę delegitymizację. Media społecznościowe to nie jest neutralna przestrzeń komunikacji, ale broń masowego rażenia, przed którym nie sposób się bronić nie ponosząc na wstępie dogłębnych strat.

Wydają się tego nie rozumieć lewicowcy, którzy wciąż próbują negocjować z przestrzenią informacyjną tak, jakby mogli w pojedynkę zmienić warunki jej funkcjonowania. Doskonałym przykładem tej postawy jest głos Janisa Warufakisa. Można streścić go za pomocą figury „ani, ani”, charakterystycznej dla większości zachodniej lewicy, wychowanej na różnych mniej lub bardziej świadomie przyswojonych odruchach trockistowskich. Czyli: solidaryzujemy się z ludem irańskim w walce z opresyjną władzą ajatollahów, a zarazem sprzeciwiamy się próbom instrumentalizowania tej walki przez amerykańskie i izraelskie próby podporządkowania sobie Iranu.

Pozycja Warufakisa może wydawać się słuszna z punktu widzenia lewicowego zestawu postulatów i przekonań na temat tego, jak powinna wyglądać polityka. Ale tak jest tylko w teorii, to znaczy w świecie równoległym, w którym tego rodzaju postulaty wydają się coś opisywać, choć w istocie po prostu rozmijają się z realnymi warunkami toczącej się walki. Warufakis i jemu podobni chcieliby wciąż mieć możliwość wybrania razem z mniej lub bardziej wyobrażonymi „Irańczykami” odpowiedniej dla nich flagi, nie zauważając zupełnie na to, że dawno została już ona za nich wybrana.

W ten sposób zachodnia lewica – a w każdym razie jej część – wybiera słuszność zamiast przytomności, co sprawia, że jej wybory stają się łatwym łupem dla imperialistycznej machiny. Bo czemu nie można po prostu odrzucić wieloletniej polityki ekonomicznych sankcji i prób obalenia władzy przez USA w kraju, który w żaden sposób mu nie zagraża? Czemu zawsze trzeba zarazem zapewniać, że „nie popieramy ajatollahów”? Kto ustalił ten próg wiarygodności? Kto stawia nas przed tym moralnym szantażem tak skutecznie, że walcząc z amerykańskim imperializmem wciąż nieustannie musimy zarazem potępiać wyznaczonych przez jego machinę wojenną wrogów ludzkości? Odpowiedź jest jasna: te warunki stworzył ów imperializm, dlatego próba ocalenia swojej reputacji w jego oczach nie jest żadnym gestem krytycznym. A to, że jego performowanie jest możliwe tylko w świecie wyimaginowanym, gdzie wciąż istnieje jakaś wieczna debata o przyszłości Iranu (chociaż oligarchia dawno go rozstrzygnęła), dowodzi tylko bezradności „słusznych” poglądów wobec zaordynowanej z góry politycznej symulacji.

Stanowisko Warufakisa jest też o tyle symptomatyczne, że w tym samym ruchu te same rzeczy zarazem łączy i rozdziela. Warto zapytać: jaki jest związek między „walką Irańczyków z reżimem” a „wykorzystaniem tej walki przez imperializm”? Te dwa zjawiska współistnieją jakoś ze sobą, skoro trzeba posłużyć się wobec nich formułą „ani, ani” – nie popieramy reżimu, nie popieramy walczącego z nim Imperium. Zarazem jednak w tej wizji nie ma żadnej dającej się wykazać zależności między tymi dwoma wydarzeniami, tak jakby istniały dwa różne światy: w jednym walka ludu z reżimem, w drugim walka Imperium z reżimem. Prosty wniosek nasuwa się sam: to reżim jest tu głównym problemem. Gdy tylko zniknie ten kłopotliwy pośrednik w globalnej walce uciśnionego ludu z wcieleniem zachodniej dominacji, będziemy mieli wreszcie możliwość wykazać ostatecznie słuszność naszej sprawy. Ale do tego czasu będziemy powtarzać gest delegitymizacji „reżimu” przez Imperium. 

Problem tylko w tym, że ów reżim jest w tej sytuacji nośnikiem rzeczywistości i jak każda realna władza ma tę przewagę nad wyimaginowaną rewolucją, że jest właśnie realna. I jak dotąd to ona stoi na drodze do całkowitego podporządkowania sobie Iranu przez Imperium. Tymczasem lewica zachodnia woli swoje wyobrażenia od realnej politycznej władzy, bo ta zbyt gwałtownie burzy jej ideał. Dlatego nie jest zainteresowana wyciąganiem wniosków z materialnych skutków swoich poprzednich ucieczek w świat równoległy, gdy okazała się mimowolną asystentką przy zmianach reżimów choćby w Libii czy Syrii. To ciekawe, że jeszcze w przypadku Afganistanu i Iraku ten sam mechanizm psychologicznej presji nie działał tak doskonale jak dzisiaj. Ale skutki troski Imperium o uciskany przez autorytaryzm lud we wszystkich tych krajach są identyczne.

***

Po drugie, zamiana flagi dokonana na Twitterze symbolizuje, że sam udział w tak zdefiniowanej przestrzeni medialnej jest nieuchronnie udziałem w operacji zamachu stanu. Nawet pisząc, że popierasz Iran, oznaczysz go za pomocą flagi monarchistycznej. Czyli dołączysz do fali deligitymizacji władz w tym kraju organizowanej przez wywiad amerykański i izraelski. To nie jest tak, jak wydaje się wierzyć Wafufakis (brany tu za przykład szerszej tendencji), że wprawdzie trwa „gdzieś tam”, „jakaś tam” operacja służb obcych państw przeciw Iranowi, ale nie zmienia to faktu, że rządzi tam reżim brutalny, niedemokratyczny i pozbawiony poparcia lokalnej ludności. Decyzja Twittera doskonale dowodzi czegoś przeciwnego, a mianowicie tego, że operacja zmiany reżimu nie tylko sięga dalej niż paru agentów Mossadu w terenie, ale że obejmuje całą przestrzeń komunikacyjną najważniejszych platform zarządzanych przez amerykańską oligarchię. I warunkuje dostęp do podstawowych znaków każdego z jej uczestników.

Nie ma więc wątpliwości, że zdefiniowanie rozruchów z początku roku jako konfrontacji Ludu z Reżimem, też może być jej częścią. Lud oficjalnego wroga amerykańskiej oligarchii jest zawsze zunifikowanym abstraktem, który pragnie zawsze akurat tych towarów, które Imperium eksportuje na cały świat w postaci równie abstrakcyjnej „demokracji”, „reguł”, „wolności”, itd. W Iranie też nie ma klas, warstw, rodów, klanów, mniejszości etnicznych, religijnych czy wspólnot regionalnych. Nie ma poglądów politycznych innych niż ogólniki dyżurnych „aktywistów”, którzy w zachodnich mediach będą reprezentowali zachodnie NGOsy walczące z irańskim zamordyzmem. 

Amerykański imperializm nie byłby sobą, gdyby nie opanował niemal do perfekcji zarządzania pętlami zbiorowej uwagi, czyli nie kontrolował rytmów zbiorowych emocjonalnych uniesień i nie predeterminował intelektualnego konsensusu podlegających mu sfer opinii publicznej. Od dawna wiemy, że media zachodnie zajmują się głównie – jak pisał Noam Chomsky i Edward S. Herman – „fabrykowaniem przyzwolenia”, a więc utrwalaniem takich wyobrażeń i przekonań danego społeczeństwa, które będą kompatybilne z celami rządzącej elity finansowej i politycznej. Dziś odbywa się to po prostu na zdecydowanie większą skalę.

Jak wygląda ta pętla w odniesieniu do Iranu? W przypadku wydarzeń z początku roku, nie ma elementu, który nie zostałby poddany tej obróbce, mającej oswoić globalną publiczność z planami napaści na Iran i zmiany jego ustroju. Protesty zaczęły się od kryzysu waluty, a jej nagły spadek wartości przypisywano błędnym decyzjom władz w Teheranie. Tymczasem sam Sekretarz Skarbu USA, Scott Bessent co najmniej dwukrotnie (w Davos i w Senacie) nie tyle przyznał się, ile pochwalił, że za osłabieniem riala stoi świadomie wywierana ekonomiczna presja ze strony Stanów Zjednoczonych. Oczywiście, powody do protestowania mogą być liczne i nie muszą się ograniczać do pozycji waluty irańskiej, ale nie uzasadnia to ignorowania ekonomicznego oblężenia Iranu ze strony zewnętrznych państw.

Już w życzeniach noworocznych na Twitterze, były dyrektor CIA Mike Pompeo pozdrawiał agentów Mossadu znajdujących się wśród protestujących Irańczyków. W podobnym tonie brzmią oświadczenia samych Izraelczyków. Tego samego dnia Donald Trump ostrzegł, że „jeśli Iran będzie strzelał i brutalnie zabijał pokojowych protestantów, co jest jego zwyczajem, Stany Zjednoczone przyjdą im z pomocą”. Czyli już na wstępie Imperium przygotowało scenerię, w której ma dojść do zwarcia między Ludem a Władzą, zarazem jednak przyznając się, że ów lud to przynajmniej po części zorganizowani agenci obcego wywiadu, a negatywne efekty posunięć władzy to po części sprawka samego Imperium.

I wtedy dzieje się coś całkowicie niesłychanego. Wręcz niemożliwego do przewidzenia. Oto rzeczywistość, przynajmniej tak jak ją przedstawiają zachodnie media, doskonale wpisuje się w ten nakreślony uprzednio scenariusz. Po pierwsze, dochodzi do masowych protestów 8 i 9 stycznia, w wyniku których dochodzi do przemocy na szeroką skalę. Tu wersje wydarzeń gwałtownie się rozchodzą. Zachód utrzymuje, że manifestacje były całkowicie pokojowe, podczas gdy rząd w Iranie przekonuje, że były to w istocie brutalne ataki na funkcjonariuszy publicznych oraz na przypadkowych obywateli, które miały być skoordynowaną próbą destabilizacji kraju. Pokazuje filmy z kamer nadzoru, które faktycznie przedstawiają uzbrojone grupy ludzi niszczące budynki, palące karetki, banki, meczety, urzędy, itd. Ponieważ jednak do zachodniej publiczności wszystkie te informacje docierają w przestrzeni, w której władze irańskie są już zdelegitymizowane, łatwo podważyć te doniesienia w całości. A tych, którzy dawaliby im wiarę albo chociaż poważnie je analizowali, można oskarżyć o sprzyjanie mordercom. W międzyczasie Unia Europejska, która od ponad dwóch lat stoi z założonymi rękami i przygląda się (w najlepszym razie) bezczynnie ludobójstwu w Gazie oraz właśnie zaakceptowała twórcę Al-Kaidy w Syrii jako jej praworządnego prezydenta, oficjalnie uznaje IRGC za organizację terrorystyczną.

W mediach społecznościowych pojawiają się wówczas viralowe filmy i zdjęcia, na których Iranki palą podobiznę Khameneiego, mnożą się hashtagi wzywające do solidarności z uciśnionymi mieszkańcami kraju. Rząd USA otwarcie oskarża rząd w Iranie o masowe zbrodnie na ludności cywilnej. W ruch idzie machina propagandy okrucieństwa, która z dnia na dzień podbija liczbę ofiar tej masakry. Po tygodniu większość zachodniej opinii publicznej żyje już w świecie, w którym ajatollahowie mogli wymordować nawet 30-40 tysięcy bezbronnych protestantów. Na Twitterze, gdy w wyszukiwarkę wpisuje się słowo „Iran”, pierwszy pojawia się hashtag „#iranmassacre”. Nikt nie zastanawia się czy rząd w Iranie rzeczywiście ma powód do mordowania ludzi z częstotliwością równą masakrze w Babim Jarze z 1941 roku. Nikt nie zastanawia się skąd właściwie biorą się te liczby i czy można je jakoś sprawdzić Ponieważ rząd w Teheranie wyłączył w kraju internet (próbując w swoim mniemaniu przerwać łączność zamachowcom), w tę odciętą od informacji przestrzeń można było wyprojektować najróżniejsze rzeczy, tworząc przy tym całą powódź dezinformacji i fake newsów.

W momencie intensywnego generowania medialnego wydarzenia nikt też nie widzi jak działa pętla uwagi i informacji. Jak to jest, że wydarzenia w terenie tak doskonale odpowiadają zapowiedzianym przez Imperium działaniom? Jak to możliwe, że wszystkie organizacje humanitarne, które dla mediów zachodnich są źródłem doniesień o niewinnych ofiarach i o skali zbrodni są sponsorowane przez National Endowment for Democracy, a więc fasadową instytucję CIA? Dlaczego głównym autorytetem w sprawie masakry jest Amir Parasta, bliski przyjaciel Rezy Pahlaviego, a inną ekspertką od tych wydarzeń media mianowały blogerkę modową Deepę Parent? W „Washington Post” jak gdyby nigdy nic, pojawia się felieton pod tytułem Rozbicie Iranu to nie jest taki zły pomysł… Czy naprawdę trudno sobie przypomnieć, że niedawno te same tytuły dokonywały obscenicznych manipulacji w sprawie ludobójstwa w Gazie?

W tej pętli chodzi o dwie rzeczy na raz: wytworzenie zbiorowego przyzwolenia na zamach stanu w Iranie oraz ukrycie, że forma medialnej burzy wokół protestów jest częścią tego zamachu. W tym kontekście umiarkowane głosy słusznych lewicowców są tylko jedną z wersji budowania tego przyzwolenia i ukrywania faktu, że politycznym kontekstem tych wydarzeń jest przede wszystkim imperialistyczna presja ze strony USA i niezgoda hegemona na istnienie w Iranie jakiejkolwiek władzy, która nie byłaby podporządkowana jego polityce. Ci, którzy o tym przypominają, najczęściej i tak powtórzą wersję wydarzeń wypreparowaną przez tego hegemona.

W literaturze dotyczącej brutalnych przewrotów i wojen często pojawia się pojęcie „operacji pod fałszywą flagą” (false flag operation), czyli sytuacji, w której oskarża się wroga o dokonanie jakiejś zbrodni, którą samemu się sprokurowało. Chodzi o to, żeby wywołać oburzenie w szeregach własnej armii, dać pretekst do działań militarnych lub represji politycznych, itd. Jednak sprawa z flagą Iranu na Twitterze znamionuje podobny, ale nie identyczny rodzaj działania, który należałoby nazwać „operacją pod wymyśloną flagą” (fake flag operation). Flaga monarchistyczną, za pomocą której Twitter oznaczył Iran w swoim algorytmie, udaje, że nie jest flagą monarchistyczną, by móc funkcjonować jako reprezentacja abstrakcyjnych „Irańczyków” przeciwstawionych Reżimowi. W ten sposób flaga Iranu staje się nie symbolicznym oznaczeniem państwa, ale przykryciem go, zasłonięciem przez wypreparowaną i w całości zinstrumentalizowaną figurę, która w dodatku sama zasłania to, czym w istocie jest. Flaga państwa staje się symbolicznym wyrazem operacji przeciwko temu państwu.

***

Po trzecie, zamiana flagi na Twitterze jest fragmentem szerszej – czasowo i przestrzennie – operacji hakowania zbiorowego oburzenia przez Imperium. Warto zauważyć, że dziś najwierniejsi pretorianie amerykańskiej oligarchii, najwytrwalsi obrońcy światowej hegemonii USA mówią do nas często językiem pozorowanej rewolucyjności. Występują przeciw skorumpowanym rządom (jakby sami nie reprezentowali systemu zalegalizowanej korupcji), bronią niewinnych ofiar represji (jakby sami nie siali pożogi wszędzie, gdzie się pojawią), nawołują do wspólnoty oporu i gwałtownej zmiany (jakby ich praca nie polegała na wdeptywaniu w ziemię choćby najdrobniejszych zwiastunów alternatywnego porządku). Wielu jednak daje się nabierać na te retoryczne chwyty, głównie dlatego, że właśnie dzięki działaniom Imperium żyjemy dziś w politycznej pustyni. Tu każdy głos niezgody odbija się szerokim echem, nawet jeśli dociera do nas z policyjnego megafonu.

Media społecznościowe są doskonałym narzędziem amplifikowania i przejmowania tych emocji buntu. Zwłaszcza jeśli uda się zawczasu przekierować je na obiekt wygodny dla rządzącej nami oligarchii. Nie będzie viralowych hashtagów „#stopsanctionsoniran” czy „#getoutfrompalestine”. Ten rodzaj ekspresji natychmiast spotka się z cenzurą algorytmów albo zorganizowaną akcją zniesławienia prowadzoną rękami farm botów, redaktorów Wikipedii i najważniejszych tytułów prasowych głównego nurtu. Chodzi o to, żeby na czas oddzielić ziarno od plew, czyli bunt, który zagraża status quo, od buntu, który jest dla niego wygodny, aby następnie przedstawić ten ostatni jako ten pierwszy.

Władza we współczesnym kapitalizmie nie zajmuje się wyłącznie fabrykowaniem przyzwolenia (manufacturing consent), żeby korzystając z niego móc kontynuować imperialistyczne wojny, głodzić nieposłuszne państwa sankcjami, niszczyć niewygodnych polityków czy działaczy. Równolegle tryby tej maszyny pracują nad fabrykacją niezgody (manufacturing dissent), czyli tego, jakie organizacje, postaci, dyskursy będą aprobowane i nagłaśniane jako głos sprzeciwu, krytyki czy alternatywy. Zachodnia lewica jest dziś w większości takim kwiatkiem do kożucha imperializmu, ponieważ straciwszy uprzednio swoją tożsamość i siłę oddziaływania, jest zmuszona legitymizować swoje istnienie zgadzając się na wspólne moralne minimum z imperializmem. Problem polega tylko na tym, że Imperium nie ma moralności. 

Ciekawe skądinąd, że zachodnia lewica nie odczuwa podobnej, choćby minimalnej wspólnoty losu z jego ofiarami. To znaczy odczuwa, ale tylko jeśli zostaną one przedstawione w formie, do której przyzwyczaiła ją imperialistyczna propaganda okrucieństwa. Liczą się tylko bezbronne ofiary i pokojowi manifestanci, bez poglądów politycznych, bez wizji porządku społecznego, bez narzędzi, żeby cokolwiek z zestawu swoich postulatów móc realnie wcielić w życie. Wówczas stają się obiektem zmasowanego ataku za wszystko, co w tym samym czasie gładko uchodzi Stanom Zjednoczonym. Dopóki ta hierarchia oporu się nie zmieni, każda lewica dyżurnie „solidaryzująca się”, nigdy nie stanie się poważnym wrogiem systemu, ponieważ własna samoocena będzie interesować ją bardziej niż samoorganizacja i walka o władzę. Nie można walczyć z imperializmem podzielając jego wartości. Nie można też z nim walczyć odmawiając prawa do obrony tym, którzy się z nim konfrontują. 

Skądinąd fascynujące jest to, jak produkuje się tę pustynię realnego, w której następnie dokonuje się aktu „solidarności z…” w zupełnej politycznej i informacyjnej pustce. Z kim solidaryzują się bowiem solidarni z Irańczykami? Czy również z tymi, którzy wyszli na ulice w obronie ustroju? Czy te masowe manifestacje, na zachodzie oczywiście traktowane jako inscenizacja albo przymus, wpisują się w scenerię solidarności na odległość, czy zbyt komplikują obraz? Irańczycy mają prawo decydować sami o sobie. A to znaczy, że muszą być przede wszystkim wolni od zewnętrznej ingerencji stronnictw przejętych, kontrolowanych i finansowanych przez USA i Izrael. Pod którą flagą mają szansę zagwarantować sobie to podstawowe prawo?

***

Po czwarte, gest Twittera ma też znaczenie filozoficzne. Dotyczy ono transformacji dokonującej się nie tyle w przestrzeni politycznej debaty czy reprezentacji, ile w porządku symbolicznym (by posłużyć się terminem Jacquesa Lacana) jako takim. Zamiana flag to symptom tego, jak zmienia się status naszych znaków w ogóle.

Przypomina się zadekretowana wcześniej przez Donalda Trumpa zmiana nazwy Zatoki Meksykańskiej na Zatokę Amerykańską. W obu przypadkach chodzi o wytworzenie alternatywnej wersji świata wobec porządku prawnego i podzielanej przez większość rzeczywistości. Kolejnym przykładem budowania tej równoległej rzeczywistości jest Rada Pokoju, stworzona całkowicie arbitralnie bez żadnego mandatu ONZ i nie mająca oczywiście nic wspólnego z pokojem. Ten rodzaj alternatywnej legitymacji jest wyraźnym znakiem tego, co Imperium robiło od dawna naginając do własnych potrzeb i interesów wszelkie uniwersalne reguły czy prawa. Dziś zbliżamy się do świata reguł uznaniowych, relatywnych i tymczasowych, które bardziej przypominają modele subskrypcji w internetowych aplikacjach, niż cokolwiek związanego z porządkiem prawnym.

Ta sama transformacja odbywa się jednak również na bardziej intymnym poziomie i reguluje stosunek jednostki do porządku symbolicznego. Od lat można zaobserwować postępujące dążenie do tego, żeby symbole wyrażały coraz dokładniej i coraz bardziej bezpośrednio nasze najgłębsze przekonania, emocje czy postawy. Tak jakby obiektywność i umowność znaków stanowiły dla nas zagrożenie albo rodzaj systemu permanentnej opresji. Niedawno czytałem francuską książkę, w której autor pilnował, by wspominać wyłącznie o „osobach nazistowskich”, próbując zachować szacunek do tej nowej formuły spersonalizowanego porządku symbolicznego. Tu znów moralny wymóg wydaje się odzwierciedlać najnowsze techniki towarowej perswazji, w której personalizacja usług, poziom nazywany kiedyś przez Gillesa Deleuze, dywiduacją, jest na porządku dziennym.

Można by więc powiedzieć, że dziś porządek symboliczny permanentnie miesza się z wyobrażonym, a nawet, że to pomieszanie rozpoznawane jest coraz częściej jako akt moralny. W ten sposób sama moralność przestaje odwoływać się do uniwersalności, lecz staje się przedłużeniem podziałów tożsamościowych. To, co w ten sposób tracimy, to dystans między podmiotowością a jej osadzeniem w porządku symbolicznym. Wydaje nam się, że personalizujemy to, co ogólne, a tak naprawdę zrzekamy się odrębności na rzecz symbolicznej generalizacji. Skutki pomieszania porządków są bowiem obustronne, nie można mieć jednego bez drugiego.

Co więcej, właśnie w tym miejscu, w którym jednostkowa podmiotowość wydaje się łączyć w intymnym związku z symboliczną reprezentacją, interweniują mechanizmy współczesnej władzy. Propaganda nie odwołuje się dziś do sfery reakcji czy refleksji. Nie przekonuje nas do ideologicznych racji. Dzisiejsze operacje dezinformacyjne ingerują w samą dostępność znaków, dążą do materialnego monopolu w porządku symbolicznym. W ten sposób porządek ten staje się coraz bardziej fantazmatyczny, wypełniony przez projekcje psy-opu. Zamiana flag Iranu przez Twitter pokazuje to na przykładzie znaku politycznego. Nie możesz w ogóle mówić o Iranie, nie mówiąc tego, co chce Imperium. Innego zestawu znaków po prostu nie ma. A jeśli chcesz mówić inaczej, musisz ryzykować wystawaniem przed szereg, wystawieniem się na widok publiczny jako odszczepieniec od nowej normalności. 

W dzisiejszej propagandzie chodzi przede wszystkim o monopolizację dostępu, a nie hegemonię w sferze komunikacji. Opisywany przez Warufakisa technofeudalizm ma swoją odnogę w postaci infofeudalizmu. Gdy mówimy nasze słowa pojawiają się w przestrzeni zawsze już uprzednio skolonizowanej przez aktualne potrzeby władzy. Czyli takiej, w której legitymacja jest efektem arbitralnych decyzji władzy, których nie można poddać żadnej renegocjacji. Jest to ostatecznie stara zasada kapitalizmu, który rozpoczął się od gestu grodzenia. Dziś odbywa się to na innych terenach a system, który w międzyczasie pożarł już cały świat, dziś grodzi nam język, emocje i fantazje. Żeby mieć jeszcze jakąś inną polityczną przyszłość poza wyłaniającym się z tych zabiegów uniwersalnym więzieniem, nie wystarczy fantazjować o rewolcie. Trzeba mieć narzędzia do tego, żeby podzielić świat na nowo, na innych zasadach. I wtedy zjednoczyć go ponownie już bez udziału Imperium.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *