Walka klas (na górze)

Próba, szkic, zarys spojrzenia na aktualny układ sił w polityce (międzynarodowej i narodowej) z punktu widzenia konfliktu klasowego. Walka klas rzekomo się skończyła, a jednak ciągle się toczy. Może nawet bardziej niż dotychczas.

There’s class war, all right, but it’s my class,

the rich class, that’s making war, and we’re winning.

Warren Buffett

1.

Choć po upadku ZSRR zadekretowano, że już nie obowiązuje i nie opisuje rzeczywistości, walka klas wcale się nie skończyła. Tylko Kapitał wygrywa tę batalię tak zdecydowanie, że można samej walki już nie zauważyć. Bezwzględne zwycięstwo klas posiadających oznacza, że mają one dziś niemal nieograniczoną możliwość wyzyskiwania nie tylko klas pracujących w ubogich i rozwijających się krajach (co czyniły również, gdy w zachodnim centrum systemu trwało osobliwe zawieszenie broni, zwane państwem opiekuńczym), ale także u siebie. Dziś żyjemy w epoce post-socjalistycznej w tym sensie, że w zasadzie świat zachodni jest światem integralnej dominacji kapitału finansowego nad wszystkim: gospodarką, polityką, kulturą, o społeczeństwie nie wspominając.

2.

Nie znaczy to jednak, że sama ta klasa jest całkiem zjednoczona i w jej obrębie nie pojawiają się istotne pęknięcia. Ponieważ kontroluje znakomitą część procesów polityczno-społeczno-gospodarczych, pęknięcia w jej obrębie wpływają zasadniczo na kondycję wszystkich. To rodzaj efektu motyla 2.0: drobna roszada w „grupie trzymającej władzę”, może doprowadzić do poważnego wahnięcia na dole. Dziś ponownie „jedno dzieli się na dwoje”, jak pisał Mao, choć fraza ta opisuje już tylko fluktuacje w łonie klas posiadających. Jedyna rewolucja, jaka czeka nas w najbliższym czasie to rewolucja kulturalna w obrębie tych klas. Wymiana kadr na najwyższym piętrze, która potwierdzi i zradykalizuje – a nie odwróci – morderczy pęd systemu, w którym żyjemy. 

3.

Jak dzieli się współczesna burżuazja? Inspirujące w tym temacie są refleksje Wołodymyra Iszczenki w trakcie jego wystąpienia na konferencji War, Peace and the World Order, która odbyła się we wrześniu tego roku we Florencji.1 Odwołując się do wojny na Ukrainie proponuje on bowiem spojrzenie odrzucające „metodologiczny nacjonalizm” na rzecz perspektywy bardziej globalnej, systemowej, scentrowanej wokół kwestii konfliktu klasowego. Jego zdaniem nie można zrozumieć tej wojny nie rozumiejąc charakterystycznej dla przestrzeni postsowieckiej dynamiki klasowej. A także tego, jak wpływał na nią proces stopniowego zawłaszczania regionu przez kapitał zachodni i zachodnie instytucje polityczne.

W Europie Wschodniej – tu doskonałym przykładem może być zresztą Polska – udało się właściwie bez reszty zreorganizować system polityczny pod dyktando interesów międzynarodowych korporacji, instalując u władzy całe pokolenie polityków i kapitalistów zależnych od możliwości podpięcia się pod globalne struktury Kapitału. W krajach takich jak Ukraina czy Rosja proces ten natrafił na pewne przeszkody, prowadząc do wykształcenia się klasy nazywanej przez Iszczenkę „politycznymi kapitalistami”. Chodzi o tę część burżuazji, która swe interesy klasowe powiązała z przywilejami wynikającymi z bliskiej wymiany z elitą władzy. Typowe dla tego obszaru zjawiska korupcji, zawłaszczania majątku narodowego, koneksji biznesowo-politycznych sprawiły, że cała klasa kapitalistów rosła w siłę dzięki insider rent, czyli zyskom pobieranym dzięki udziale w strukturach władzy politycznej. 

Co ciekawe, Iszczenko wskazuje, że w Rosji pod rządami Putina, sprawowanie władzy przez wąską „klikę” biurokratów doprowadziło do ograniczenia naturalnie odśrodkowego oddziaływania klasy politycznych kapitalistów. W końcu destabilizacji systemu przez oligarchów z lat 90. położył kres gest podporządkowania ich władzy centralnej, czy też ześrodkowania ich interesów na grupie rządzącej na Kremlu. W ten sposób „kolektywny Putin” może realizować długoterminowe interesy zbiorowe, stabilizując system dzięki politycznym naciskom, umiejętnemu zarządzaniu grupami interesów, a nawet włączaniem do systemu jakiś elementów aspiracji klasy średniej czy klasy pracującej. 

Na drugim biegunie tej nowej walki klas znajdują się jednak ci kapitaliści, którzy swoich interesów upatrują w głębszej integracji nie z systemem lokalnej władzy, ale ze strukturami międzynarodowego kapitału. Tak zachowywała się część oligarchów rosyjskich, którzy stracili swoje wpływy (po części lub w całości), podobnie zachowują się niektórzy oligarchowie ukraińscy, zwłaszcza ci lepiej powiązani z instytucjami politycznymi i finansowymi na Zachodzie. Różnica między Ukrainą a Rosją polegałaby w tym kontekście na tym, że w tej pierwszej nie znalazł się polityk zdolny scentralizować władzę polityczną na tyle, by trwale powiązać interesy narodowej burżuazji z instytucjami państwa. Dlatego oligarchia ukraińska jest bardziej chaotyczna i podzielona, ostatecznie więc pełni w systemie raczej rolę destabilizującą.

To jednak ta globalistyczna burżuazja (czyli narodowa burżuazja pragnąca zintegrować się z globalnym kapitałem) ma po swojej stronie klasę średnią, która najprzychylniej patrzy na projekt podpięcia swojego kraju pod szerszy system polityczno-gospodarczy Zachodu. W przestrzeni postsowieckiej są to przedstawiciele organizacji pozarządowych, którzy niemal zawodowo reprezentują interesy USA i UE na terenie swojego kraju. To oni najdoskonalej zsymbiotyzowali się też z systemem wartości, wrażliwości i aspiracji reprezentowanym przez międzynarodowy kapitał. Jak pisze Iszczenko jest to klasa „gruntownie kompradorska”, która w narodowej burżuazji i państwowych kapitalistach widzi swojego największego wroga politycznego, kulturowego i ekonomicznego. 

Wojna na Ukrainie byłaby więc jedną z manifestacji o wiele szerszego konfliktu klasowego, którego istotą jest zderzenie pomiędzy długoterminowymi interesami politycznych kapitalistów (w Rosji) a sojuszem klas średnich z międzynarodowym kapitałem (na Ukrainie). Oczywiście konflikt ten przebiega również wewnątrz każdego z tych krajów, ale ośrodki władzy politycznej podzieliły się dziś mniej lub bardziej wyraźnie wedle tej opozycji. Dlatego wojna między Rosją a Ukrainą jest też w szerszym wymiarze wojną pomiędzy narodową burżuazją walczącą o podmiotowość w zglobalizowanym świecie a kompradorską burżuazją czerpiącą zyski i władzę z podporządkowania międzynarodowym instytucjom finansowym. I co najbardziej dramatyczne, obie te grupy nie są dziś zainteresowane pokojem, ponieważ to trwający konflikt najlepiej zabezpiecza ich interesy. Podobnie jest też na samym Zachodzie, gdzie zarówno nadreprezentowani w amerykańskiej biurokracji neokonserwatyści, jak i ich podopieczni z Unii Europejskiej mają swój klasowy interes w kontynuacji działań wojennych, a nie w ich przerwaniu.

4.

Ale czy ten rodzaj napięcia, czy też pęknięcia, nie pojawia się też wewnątrz poszczególnych społeczeństw zachodnich? Spójrzmy na USA. Czy ostatnie wybory prezydenckie nie były właśnie pojedynkiem między „globalistami” z szeregów Demokratów, czyli klasyczną burżuazją neoliberalnej globalizacji, a zapleczem Republikanów (a właściwie ruchu MAGA), które można by nazwać czymś na kształt narodowej burżuazji? Ta ostatnia też funkcjonuje rzecz jasna globalnie, ale swoje interesy upatruje w bliskiej kooperacji z władzą państwową, przekładającej się na kontrakty i udział w procesach legislacyjnych. Nade wszystko jednak uważa, że USA powinna zająć się budowaniem potęgi Republiki, a nie trwonieniem energii na utrzymywanie Imperium, którego w kształcie znanym w ostatnich dekadach i tak nie da się już ocalić.

Elon Musk jest doskonałym przykładem takiego nowego typu oligarchy. Robi interesy światowe, ale to w zmianie politycznej wewnątrz kraju upatruje szansy na ochronę swych interesów, które coraz słabiej bronią się same w światowej konkurencji z dynamicznie rozwijającymi się firmami z Chin. Nic dziwnego, że w trakcie przejmowania prezydentury Trumpa przez neokonserwatywny blob, również ten oligarcha poszedł, przynajmniej na razie, w odstawkę.

Mówiąc o konflikcie klasowym w USA warto pamiętać, że kraj ten stał się już dawno oligarchią, jeśli nie był nią od zawsze.2  Oznacza to, że interes klas pracujących w ogóle nie jest reprezentowany w praktykach legislacyjnych oficjalnych instytucji państwowych. Nie ma więc partii burżuazji i partii robotników. Obie główne partie działają wyłącznie w interesie swoich sponsorów, a ci rekrutują się w całości (albo w decydującej części) z najbogatszych kapitalistów i organizowanych przez nich grup interesów. Każde kolejne wybory to właściwie licytacja organizowana przez klasę posiadającą na najlepszego reprezentanta jej interesów.

Warto przywołać tu argument Adama Tooze’a,3 który zaznaczał, że w klasowej analizie najnowszej polityki w Stanach Zjednoczonych należy wyróżnić trzy klasy. Oprócz kapitalistów i pracowników jest jeszcze profesjonalna klasa menadżerska (professional managerial class, PMC), opisywana m.in. przez Barbarę Ehrenreich czy Catherine Liu. Jest to ta część pracowników, która z uwagi na swój status i bardziej szczegółowy interes działa w zasadzie jako kulturowa awangarda klas wyższych. I to nawet wówczas – albo zwłaszcza wówczas – gdy sama przegląda się w swojej własnej wrażliwości społecznej, a nawet różnych rewolucyjnych i radykalnych mitologiach. I ponieważ przez lata klasa ta była mocno związana z Partią Demokratyczną, dziś politycy prawicowi, tacy jak Donald Trump, mogą czarować klasę pracującą poprzez manifestowanie niechęci wobec wartości, wrażliwości i kulturowych norm PMC. Uwodzenie nie oznacza jednak w żadnym razie reprezentowania. Stąd bierze się przepaść między mgliście „socjalnymi” obietnicami wyborczymi, a ultrakapitalistycznym programem rządzącego już prezydenta.

Z tego punktu widzenia PMC to narzędzie obrotowe. Demokratom służy do tego, żeby radykalizację kapitalizmu zasłaniać „polityką troski”, emancypacją osób nienormatywnych, itd. Republikanom zaś służy jako straszak mający upodlonej wyzyskiem ekonomicznym klasie pracującej wskazać winnych nie tam, gdzie trzeba. I również radykalizować kapitalizm w przebraniu antysystemowej rebelii. Dynamika ta pokazuje, że bogaci nie tylko wygrali walkę klasową skutecznie tłumiąc wszelkie impulsy potencjalnej rewolucji, ale też, że chcąc podtrzymać swe panowanie nie powstrzymają się przed wyprodukowaniem jej symulakrum. 

5.

Czy podobnej batalii nie można dostrzec i w Polsce? Czy spór między PO i PiS, nowa i właściwie wieczna „wojna na górze” nie skrywa w istocie konfliktu o charakterze klasowym? Ale nie w tym sensie, że z jednej strony liberalne elity a z drugiej socjalny lud. Ta opozycja to tylko moment polityki informacyjnej komitetów wyborczych, a nie polityczna rzeczywistość. PO to ta część kompradorskiej elity, która legitymizuje się przez integrację z klasą panującą w UE i USA. Jej strategią jest również głębsze podporządkowanie gospodarki polskiej interesom międzynarodowego Kapitału. Wieczne „doganianie Zachodu” i pedagogika oparta na kompleksach, którą tak doskonale opisał Boris Buden w książce Strefa przejścia. O końcu postkomunizmu.4  Przeprowadzona przez PiS w latach 2015-2023 próba zbudowania „nowych elit” była natomiast przedsięwzięciem mającym na celu wytworzenie klasy politycznych kapitalistów, która czerpałaby zyski ze współpracy z państwem, a właściwie powstałaby dzięki hojnej pomocy ze strony budżetu narodowego oraz współuczestnictwu w rządzeniu. Daniel Obajtek byłby tu dobrym przykładem. 

Jeśli obie te grupy mimo tak ostrego sporu nie różnią się jednak jeśli chodzi o podporządkowanie ideologii atlantyckiej, to dlatego, że stanowią jedynie dwa skrzydła elity kompradorskiej. Państwo polskie jest tak głęboko podporządkowane zewnętrznym wpływom, że prawdziwie niezależna burżuazja narodowa nie miałaby z czego się wyłonić. A w każdym razie PiS-owi nie udało się stworzyć jej na tyle silną, żeby oparła się presji elit zachodnich. Doskonałym przykładem jest tu całkowity serwilizm partii wobec Trumpa. Z tego punktu widzenia wspólne dla tych obu grup paranoiczne śledzenie „wpływów rosyjskich” jest jedynie symptomem wypartego podporządkowania wpływom zachodnim, tak oczywistym, a zarazem tak przemożnym, że nie sposób wręcz o nich mówić. Wyjawienie ich zakładałoby pozycję zewnętrzną wobec tych wpływów, a takiej w polskim życiu publicznym po prostu nie ma.

6.

Powstaje kilka pytań w związku z tak zarysowaną mapą „walki klas na górze”. Po pierwsze, czy burżuazja narodowa jest w stanie działać w dzisiejszych warunkach jako siła dążąca do suwerenności gospodarczej i politycznej kraju peryferyjnego? Czy też będzie jedynie „patriotycznym” opakowaniem dla kolejnej grupy instalującej się w systemie? Eksperyment społeczny PiS dowiódł jak dotąd, że im bardziej wewnętrznie partia grała na integrację władzy politycznej z ekonomiczną, tym bardziej bezradna okazywała się w konfrontacji z wpływami międzynarodowego kapitału. A raczej, że nie byłaby w stanie się naprawdę ukonstytuować bez naruszenia przywilejów tego kapitału, a na to jest po prostu za słaba. 

Po drugie, czy zwrot suwerenistyczny, czyli jakaś systemowa próba korekty lub zawrócenia negatywnych skutków globalizacji może odbyć się bez powrotu do radykalnego nacjonalizmu i związanych z nim katastrof polityczno-społecznych? I czy w ostatecznym rozrachunku ten nowy nacjonalizm, albo faszyzm, nie będzie po prostu strażą zacieśniającej się kolejnej pętli nadchodzącego autorytarnego kapitalizmu? Pytanie to jest nieuchronne zważywszy na fakt, że klasa średnia (polskie PMC) jest odzwierciedleniem mentalności kompradorów, więc impuls suwerenistyczny będzie się rodził z kwestionowania ich wartości. Tu można by się dopatrywać długofalowych skutków działania Konfederacji i partii Brauna, których wizja polityczna jest jednak tak dalece antyspołeczna, że może zrodzić jedynie zbrojne albo populistyczne ramię jakiegoś polskiego pinochetyzmu. Nic dziwnego, że chcąc konkurować z tymi trendami Donald Tusk już zachowuje się jakby patrzył z nostalgią za dziedzictwem chilijskiego dyktatora. Jak wiemy, nie byłby w polskiej klasie politycznej, i to tej najbardziej „liberalnej”, odosobniony. 

Pytanie trzecie, ostatnie, i najbardziej dramatyczne: dlaczego wszystkie te przemiany tak głęboko przespała lewica? Dziś stanowi ona coś, co można nazwać jedynie skrótem AA – „Awangardą Alibi”. Tam, gdzie coraz bardziej bezwzględny kapitalizm potrzebuje kulturowego albo moralnego płaszcza, który okryje jego nagą władzę, tam najbardziej przydatna okazuje się lewica. Świadczy ona globalnemu kapitalizmowi usługę podobną do tej, jaką Marsz Niepodległości i inne patriotyczne jasełka świadczy narodowej burżuazji, pragnącej wejść na salony z polską flagą tylko po to, żeby korzystać z tych samych przywilejów, z których dotychczas korzystali liberałowie.

Najdoskonalsze alibi dla systemu lewica oferuje dziś budując moralną i emancypacyjną aurę wokół europejskiego militaryzmu. Tu nie tylko interes klas pracujących, ale nawet narodowej burżuazji zniknął z pola widzenia na rzecz lekko tylko przetrawionych propagandowych przekazów zbrojeniowych think tanków, które lewica uwewnętrznia, uwzniośla i emituje na profesjonalną klasę menadżerską. A ta ostatnia, ponieważ jej tożsamość opiera się na klasowej hipokryzji, zna już tylko język ostentacyjnego moralizowania, bo uczyła się go przez lata od rodzimych kompradorów.

Oczywiście, wiele pytań należałoby zadać w odniesieniu do losów tej nowej walki klas w wymiarze globalnym. Z punktu widzenia kogoś zainteresowanego rzeczywistą zmianą obecnego systemu, a w zasadzie powstrzymania jego nieuchronnego wejścia w fazę ”barbarzyństwa” (jak pisała Róża Luksemburg), podstawowe pytanie brzmi: czy kraje BRICS chcące przełamać hegemonię USA, są w stanie zmienić system na bardziej socjalistyczny, czy wytworzą jedynie nową burżuazyjną oligarchię (albo kilka lokalnych oligarchii) czerpiącą zyski z regionalnych bądź narodowych systemów wyzysku. Czy fakt, że na czele tego sojuszu stoją socjalistyczne Chiny będzie gwarantem przeciągania innych krajów – takich jak Rosja, Indie czy Iran – w stronę gospodarki bardziej prospołecznej? Można by zapytać jeszcze: jak lewica powinna grać na to, żeby ziścił się w tej kwestii scenariusz pozytywny? Co powinna robić, żeby tej transformacji towarzyszyła próba zatrzymania autorytarnych tendencji rodzimego kapitalizmu?

To pytanie miałoby sens, gdyby taka lewica w ogóle w Polsce (czy na Zachodzie) istniała. Tymczasem przecież lewica kibicuje Wall Street, NATO, Five Eyes, itd., bo wierzy, że te organizacje ochronią ją przed barbarzyństwem ze Wschodu. Permanentnie myli więc monstrualność systemu z propagandową figurą jego ewentualnych oponentów czy reformatorów. Znów zamiast analizy klasowej mamy więc nacjonalistyczne animozje przebrane tym razem za przemielone przez mass media resztki tradycji rewolucyjnych. To wojna w imieniu międzynarodowego kapitału ma nas dziś emancypować, dekolonizować, cywilizować czy moralizować. Od czasu upadku socjaldemokracji w trakcie pierwszej wojny światowej zanotowaliśmy więc postęp: dziś socjaldemokracja już nie upada, a nurkuje w muł, w którym zawczasu doskonale się urządziła.

1 Zapis wystąpienia, por. https://youtu.be/STxJg6imkWM?si=HzNLZQRpMUI-xYby, dostęp 2 grudnia 2025.

2 Na ten temat, por. Michael Parenti, Demokracja dla nielicznych, przeł. Ewa Woydyłło, Książka i Wiedza, Warszawa 1974.

3 Por. Adam Tooze, America Is Locked in A New Class War, „Foreign Policy”, 7 stycznia 2025, https://archive.ph/wcuHf, dostęp 2 grudnia 2025.

4 Por. Boris Buden, Strefa przejścia. O końcu postkomunizmu, przeł. Michał Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *