Papiery na siebie. O „Panu Kleinie” Josepha Losey’a

O filmie Loseya z 1976 roku, w którym kryminalna intryga jest narzędziem inicjacji w reguły rasistowskiej przemocy.

Każda tożsamość jest konglomeratem różnych elementów, wiązką cech i relacji, których nie sposób nawet w pełni sobie uświadamiać. Niektóre z nich są oczywiste i dominujące, inne schowane, drugorzędne albo tajne. I czasem te pierwsze zależą od tych ostatnich w sposób trudny do przecenienia, nawet jeśli można się o tym dowiedzieć tylko w niektórych, najczęściej skrajnych, sytuacjach. Wystarczy więc wyjąć jedną cegłę z tej budowli, żeby zaczęła się chwiać, a przynajmniej zmieniła nieco swój status. Ten element wyciągnięty z konstelacji określającej naszą tożsamość jest już ziarnem nowej, której narodziny można przeoczyć samemu, ale z pewnością nie należy liczyć na to, że pominą je nasi wrogowie. W ten sposób też okazuje się, jaką część naszych tożsamości tworzymy sami, a jaką wdrażają w nas inni za pomocą instytucji, ideologii czy codziennych praktyk. A co, gdyby te cząstki tożsamościowych pakietów były cegiełkami narracji? Elementami opowieści, której rozwój ściśle wiązałby się z przeobrażeniem się kogoś w swój nowy społeczny kostium?

Oto co dzieje się w filmie Josepha Losey’a Pan Klein (1976). Tytułowy bohater (w tej roli Alain Delon) jest uznanym kolekcjonerem sztuki i antyków, co w okupowanej przez nazistów Francji stawia go w roli uprzywilejowanej, z której zresztą skrzętnie korzysta. Już w pierwszej scenie z jego udziałem widzimy jak bezwzględnie negocjuje cenę malowidła, które przyszedł sprzedać mu żydowski klient z pewnością zmuszony przez okoliczności do szybkiego wyzbycia się majątku. Ale dobiwszy targu Robert Klein napotyka dziwny przedmiot pod swoimi drzwiami: to numer czasopisma adresowanego do wspólnoty żydowskiej przysłany do niego w ramach prenumeraty. To początek procesu, którego przebieg przypomina żywo ten z powieści Franza Kafki. „Ktoś musiał podejrzewać pana K. o związek ze społecznością francuskich Żydów…” – tak mogłaby się zaczynać ta historia. Filmowy Klein z wyniosłością godną członka społecznej elity kontestuje fałszywe domysły i na własną rękę zaczyna dochodzenie mające odkryć źródło pomyłki.

Szybko okazuje się, że błędne przesłanie mu Wiadomości Żydowskich prowadzi na trop innego Roberta Kleina, którego ten poznany przez nas na początku filmu próbuje teraz odnaleźć. Odwiedza jego miejsce zamieszkania podane mu przez policję (nie zastaje go jednak w mieszkaniu), gdzie natrafia na tę samą książkę, którą przed chwilą w jego łóżku czytała mu kochanka. W środku – zdjęcie, które po wywołaniu będzie pokazywało mężczyznę bardzo podobnego do niego samego. Cała fabuła filmu toczy się według tego schematu: Robert Klein biega za swoim sobowtórem, ciągle o włos mija się z kimś, kto wedle wciąż nowych tropów mógłby być z nim tożsamy. Po drodze wraz z głównym bohaterem śledzimy przemianę tożsamości owego wirtualnego, wciąż nieobecnego alter ego. Z początku był jedynie Żydem, którego imię i nazwisko mogło doprowadzić do pomyłki, potem wydaje się członkiem jakiegoś tajnego arystokratycznego stowarzyszenia, które nasz bohater odwiedza podszywając się pod swojego sobowtóra. Jest jeszcze wersja, w której drugi Klein należy do ruchu oporu i ginie zabity przez policję tuż przed planowanym zamachem. Wreszcie, gdy ma dojść do ich ostatecznego spotkania w mieszkaniu swojego sobowtóra „właściwy” Klein spotyka policję, która zdążyła go już aresztować jako pospolitego przestępcę. Kryminalna intryga jest zarazem poszukiwaniem własnej tożsamości skradzionej przez przypadek i umieszczonej w całkiem nowej, śmiertelnie niebezpiecznej konfiguracji. Robert Klein szuka innego siebie po to, aby wytłumaczyć się z tego kim jest naprawdę.

Panu Kleinie dokładnie tak jak w Procesie Kafki kwestia winy lub niewinności bohatera nie wpływa na tok śledztwa, które toczy się równolegle do osobistych poszukiwań zainteresowanego i niezależnie od jego ponawianych prób udowodnienia oczywistego – nie jest Żydem. I tak jednak policja zajmuje jego majątek, a przyjaciele – szukając zarazem dokumentów o jego pochodzeniu – oferują mu ratunek w postaci emigracji. Klein w ostatniej chwili zrezygnuje z wyjazdu wpadając na kolejny w swoim rozumieniu nieodparty dowód na to, że cała sprawa jest grubym nieporozumieniem i za chwilę wszystko wróci do normy. Ta pewność siebie, która każe mu brać swoją rację za rację prawa doprowadzi go – jak Józefa K. – do zagłady. W finale widzimy Kleina w bydlęcym wagonie tuż obok klienta, którego poniżał w pierwszej scenie. Historia zakreśliła koło i teraz nie tylko obaj mają przy sobie egzemplarz pisma żydowskiego, ale i bilet do piekła.

Doskonałym rozwiązaniem jest w filmie Loseya nałożenie na siebie reguł fabularnych kina gatunkowego i kwestii rasowych prześladowań. Poszukiwanie samego siebie prowadzi Kleina nie tylko do wzięcia na siebie żydowskiego losu, ale także pozwala zobaczyć mechanizmy wykluczenia i hierarchii w rzeczywistości okupacyjnej. Bohater korzysta ze wszystkich obywatelskich przywilejów obserwując zarazem krok po kroku ich korozję, by wreszcie dołączyć do rzeszy tych, którym odbiera się arbitralnie wszelkie prawa i posyła na rzeź. Intrygujące śledztwo prowadzone śladami swojego tajemniczego odpowiednika to wędrówka przez różne kręgi francuskiego społeczeństwa i różne obowiązujące w nim rytuały. Najbardziej paradoksalna jest w tym względzie scena, w której Klein wraz z Jeanine (Juliet Berto) siedzi na widowni wodewilu obserwując szereg antysemickich gagów. Widownia złożona z niemieckich oficerów, kolaborantów i „zwykłych Francuzów” pęka ze śmiechu, kochanka Kleina domaga się by opuścili lokal rozumiejąc już, co kryje się za antyżydowską propagandą. Tylko sam bohater nie rozumie jeszcze, po której stronie tego widowiska się znajduje. Sprawa jest w toku, może jeszcze utrzyma swój status.

Wspomniane przeze mnie zlanie planu narracyjnego z planem przeobrażenia tożsamości głównego bohatera pozwala zobaczyć mechanikę ustalania tego, kim się właściwie jest. Wszak wielu Żydów dowiedziało się o swojej żydowskości dopiero od swych prześladowców, niektórzy z nich – jak sam Klein i my razem z nim – być może do końca nie byli o tym przekonani, mimo iż ponosili najgorsze możliwe konsekwencje tego procesu. Wszystko w filmie Loseya odbywa się mimochodem, a każdy kolejny urzędnik przypomina, że osobiście nie ma nic przeciwko panu Kleinowi. Oglądając ten film nie można do końca stwierdzić, która część samej opowieści pasuje w ogóle do tego, co ostatecznie się stało. Czy Robert Klein od początku był tym, kim jest na końcu? Czy został wplątany w całą intrygę po to, żeby inny, bardziej przezorny Klein uszedł z życiem? Czy był to jeden z jego klientów potraktowany wcześniej z lekceważeniem właściwym dla Aryjczyków? Czy Robert Klein wymyślił całą historię ze swoim sobowtórem, żeby odwrócić uwagę swoich prześladowców? A może wszystko to było jedynie grą przypadku i ostatecznie wywieziono do obozu zagłady człowieka, który wszystkie papiery miał „w porządku”? Ale czy te wątpliwości nie powstają w nas po to, żebyśmy mogli zobaczyć system wykluczenia jeszcze raz, tym wyraźniej im mocniej oddziałuje na nas siła kryminalnej zagadki? Czy tożsamościowe przekształcenia nie są de facto opowieścią o wyznaczaniu ról i hierarchii opartych zawsze na przemocy?            

Ponad wszystko zastanawiająca jest postawa głównego bohatera, który do końca – jak wielu Żydów pochłoniętych przez Shoah – wierzy w stare reguły i możliwość odmiany swojego losu. Nawet wsiadając do autobusu wiozącego Żydów na stację kolejową wydaje się oburzony jak zwykły obywatel, który za chwilę spokojnym tonem wyjaśni policjantom, że w ich dokumentach zaszła jakaś pomyłka. W tym rozdźwięku między jego odruchem a rodzącą się na naszych oczach tożsamością ofiary tkwi wielkość tego filmu. Pokazuje on, że każdego pana K. dzieli od skazańca jedna pocztowa przesyłka, którą w dodatku wysłano do kogoś innego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *